XIII Niedziela zwykła
„Przygotujmy mały pokój na górze, obmurowany, i wstawmy tam dla niego łóżko, stół, krzesło i lampę. Kiedy przyjdzie do nas, to tam się uda” – takie słowa bogobojnej kobiety słyszymy na początku pierwszego czytania, które jest fragmentem Drugiej Księgi Królewskiej. Jest niedziela, tak zwana trzynasta niedziela zwykła w ciągu roku liturgicznego, stoimy na progu wakacji – może już gotowi do podróży, może już wypatrujemy początku urlopu, nasze myśli biegną do miejsc, do jakich zamierzamy się udać albo po prostu z uśmiechem myślimy o słonecznym cieple i nieco wolniejszym tempie funkcjonowania. „Przygotujmy mały pokój” – kobieta wypowiedziała te słowa do swojego męża. Często przynaglała bowiem proroka Elizeusza, aby wstępował do ich domu na posiłek. Lecz już nie chciała, aby był tylko okazjonalnym gościem, ale aby w jej domu mógł poczuć się jak u siebie. Na progu wakacji, kiedy być może my również będziemy przyjmować gości, pod wpływem tych słów, łatwo nam przychodzi skojarzenie, naturalnie „wyrasta” przed nami pytanie o naszą gościnność, o naszą otwartość serc i zdolność do przyjęcia drugiego człowieka dostrzegając w nim dar i Boże błogosławieństwo. Czym są dla mnie relacje z innymi? Daję czy tylko chcę brać? A może nie pozwalam nikomu zbliżyć się do mnie będąc obwarowanym fasadą niedostępności, która ostatecznie ma w sobie coś z egoizmu, z przekonania (mylnego), że sam sobie wystarczę? Ale myślę, że Słowo Boże zaprasza nas dziś nie tylko do spojrzenia na ten temat z perspektywy relacji międzyludzkich, nie tylko w kontekście miłości bliźniego i właśnie takiej zdolności przyjmowania drugiego człowieka z całym jego bagażem, z całym jego bogactwem tego, co dobre i piękne, ale i tego, co poranione i jeszcze być może nieuzdrowione. Myślę, że Słowo Boże stawia przed nami jeszcze jedno pytanie – o otwartość mojego serca na mnie samego (miłość bliźniego zaczyna się od właściwie rozumianej miłości siebie samego). Czy ja sam dla siebie mam w sobie taką przestrzeń przyjęcia siebie, przestrzeń spotkania z samym sobą, aby nie uciekać od prawdy o mnie, ale doświadczyć siebie? I nie chodzi mi tu tylko o wyłącznie psychologiczne zrozumienie tej kwestii. Chodzi o spotkanie z sobą jako stworzeniem Bożym, z umiłowanym dzieckiem Ojca. Czy ja sam siebie przyjmuję? Ale Słowo Boże, oczywiście, prowadzi nas jeszcze dalej, do tej najważniejszej relacji, która jest fundamentem i której winno przysługiwać wszelkie pierwszeństwo – chodzi o relację z Panem. Czy ma On w moim życiu takie właśnie miejsce, czy przygotowuję Mu taki „pokój” w swoim sercu, które będzie nie tylko miejscem „odpoczynku”, ale także przestrzenią autentycznego, w wierze i miłości (a nie tylko w pobożności, religijności opartej na formułach) spotkania pełnego otwartości, zaufania, zawierzenia? Zobaczmy, ile wysiłku zadała sobie ta kobieta, aby przygotować miejsce pobytu dla proroka, który zawsze mógł być pewny, że w jej domu znajdzie schronienie. Zauważmy jej zaangażowanie, jej pragnienie takiego ugoszczenia proroka, które de facto staje się podzieleniem się z nim swoim domem. Nasze życie jest takim „domem” i Pan zaprasza nas do takiej otwartości, takiego wielkodusznego, „hojnego” podzielenia się z Nim tym „domem”. On nie wejdzie przemocą. Niczego sobie nie zawłaszczy siłą. On sam jest Darem i Dawcą i będzie czekał na tę chwilę, kiedy to my zaprosimy Go do siebie – a to zaproszenie to nic innego jak przywrócenie porządku harmonii sprzed stanu grzechu, który jest zawsze aktem braku wiary w Bożą miłość, w Boże obietnice i ostatecznie aktem wyproszenia Go z „domu”. Postawa kobiety została wynagrodzona. Prorok przyniósł jej łaskę od Pana. Lecz postawa kobiety w przyjęciu proroka była bezinteresowna. Prorok wyjednał temu małżeństwu łaskę potomstwa. Przyjście Pana do naszego życia zawsze jest „płodne” – bo Bóg jest Życiem i nie zatrzymuje tego życia dla siebie. Bóg jest Miłością i nie zatrzymuje tej miłości dla siebie, lecz pragnie się tym naszym dzielić.
Gdy już o życiu mowa, to zauważmy, że Słowo Bożej dalej prowadzi nas w tym temacie w drugim czytaniu ukazując głębię nowości życia, jaką każdy otrzymał we chrzcie świętym. Słyszymy słowa św. Pawła Apostoła: przez chrzest zostaliśmy zanurzeni w śmierci Jezusa, ale na tym nasza droga się nie kończy, bo wraz z tym zanurzeniem, zostaliśmy jednocześnie wynurzeni – tak jak Chrystus wyszedł z grobu, tak my mamy w tym sakramencie obmycia udział w Jego zmartwychwstaniu. To niesamowita łaska, do której winniśmy nieustannie wracać. Najczęściej chrzest przyjęliśmy będąc małymi dziećmi, dlatego wciąż potrzeba nam osobistego odkrywania znaczenia tego sakramentu – który jest słusznie nazywany bramą do innych sakramentów – w naszym życiu duchowym, chrześcijańskim. To, co wciąż trwa to nasz proces umierania dla grzechu. W przypadku pierwszego czytania, powiedzieliśmy sobie o dawaniu życia. Chrzest daje nam życie dziecka Bożego we wspólnocie Kościoła. Pan przez łaskę swoich sakramentów wciąż daje nam życie, kiedy podejmujemy się walki z grzechem, aby właśnie umierać dla grzechu, a żyć już dla Boga. A wiemy, że kiedy żyjemy dla Boga, to żyjemy i dla naszych braci i sióstr. Bo miłość Boga nie może zamknąć się tylko w kwestii pobożności, praktyk religijnych – jeśli tylko do tego byśmy ją sprowadzili, byłaby ona martwą literą, a nie aktem uwielbienia Ojca. Apostoł Narodów napisał do Rzymian: „żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie”. To bardzo ciekawe określenie. Nawet w kontekście tego, co wcześniej powiedzieliśmy, czyli o religijności i pobożności. To Jezus uczy nas, jak okazywać cześć Ojcu, jak wypełniać Jego wolę. Nie chodzi o naszą „prywatność”, ale o wiarę opartą o naukę Ewangelii. Ale to zdanie mówi nam coś jeszcze. Jest ono zapewnieniem, że na tej drodze nie jesteśmy sami, z nami jest zawsze Pan Jezus. On idzie z nami tą drogą, podobnie jak my jest Pielgrzymem, po to, aby nas ostatecznie doprowadzić do Ojca.
Jest taka część liturgii Słowa Boża, która zapewne często nam umyka, nie zwracamy na nią zbytnio uwagi, a przecież jest ona również Słowem Pana do nas. Chodzi o aklamację, o werset, jaki słyszymy przy śpiewie Alleluja. Dziś jest to zdanie zaczerpnięte z Pierwszego Listu św. Piotra: „Jesteście królewskim kapłaństwem, świętym narodem. Ogłaszajcie dzieła potęgi Tego, który was wezwał do swojego przedziwnego światła”. Oto definicja naszej godności płynącej z sakramentu chrztu świętego oraz definicja tego, do czego jesteśmy wezwani, powołani – wszyscy, niezależnie od stanu w jakim żyjemy. Naszą godnością jest przynależność do ludu świętego, do królewskiego kapłaństwa. Realizujemy to poprzez naszą modlitwę, jaką wznosimy, poprzez nasze życie ofiarowane Bogu (niezależnie od stanu życia). Na mocy chrztu świętego wszyscy mamy udział w godności kapłańskiej. Godność królewska przypomina nam, że w Synu Bożym jesteśmy dziećmi Ojca – Króla królów, Pana panów. Nasza godność więc przewyższa to, co ziemskie i doczesne. Pośród tego, co ziemskie, mamy jaśnieć, być światłem dla świata poprzez życie Ewangelią oraz mamy ogłaszać dzieła Bożej potęgi. Ale znów właśnie – nie chodzi o werbalne głoszenie, nie chodzi o pobożne formułki. Dzieła Bożej potęgi mamy ogłaszać swoim życiem. Jednak, aby je rozgłaszać, trzeba je umieć rozpoznać, dostrzec i przyjąć. Nie można głosić czegoś czego się nie zna – i nie chodzi o rozumowe poznanie, o takie naukowe poznania, ale o wiele bardziej o poznanie, które wypływa z doświadczenia. Czy dostrzegam w swoim życiu dzieła Bożej potęgi? Pierwszym takim dziełem jest dar naszego życia, naszego zaistnienia, a następnie – dar odrodzenia, obmycia z grzechu pierworodnego w sakramencie chrztu świętego i powołanie do bycia w komunii z Panem. Kobieta z pierwszego czytania rozpoznała łaskę Pana w jego proroku, dla którego otworzyła podwoje swojego domu. Otwierając się, możemy dawać życie. Mając tak wielką godność, nie możemy zatrzymywać się na doczesności. Kto kocha to, co tu na ziemi, bardziej niż Boga, wykracza poza otrzymaną godność – o czym mówi nam dziś Pan w ewangelicznej perykopie.
Dzisiejszy fragment Ewangelii wg św. Mateusza nie należy do najłatwiejszych i może w nas budzić różne emocje, odczucia, przemyślenia. Może właśnie tak na niego spójrzmy – najpierw, stając wobec tekstu, spotkajmy się z pytaniem, jakie we mnie wywołał on odczucia, emocje? Pamiętam, jak kiedyś we mnie te słowa budziły poczucie niepewności, czułam wewnętrzną sprzeczność. Jak można „nienawidzić” ojca i matkę? Teraz zobaczmy – co czuję, czy nie mam ochoty uciec, odejść od tego słowa? A jeśli trwam jednak przy nim, to – dopiero tutaj – jakie rodzi on we mnie myśli? Ja dopiero z czasem zrozumiałam, że chodzi o właściwą hierarchię. Ludzkie relacje są bardzo ważne, ale nie mogą one przysłonić najważniejszej relacji, jaką jest ta między Bogiem a mną. Słowo Boże dziś prowadzi nas mocno właśnie ku tematowi relacji. Od otwartości na przyjęcie drugiego człowieka i dostrzeżenie w nim daru Bożego do uważności i czujności, co dzieje się w tych relacjach. Jezus – przez dzisiejszą perykopę – zaprasza nas do spojrzenia w głąb, do patrzenia dalej. Kto przyjmuje ucznia, przyjmuje Mistrza – to jest to patrzenie dalej, której powróci jeszcze, gdy Chrystus będzie mówił, że kto widzi Jego, widzi Ojca. Zawsze dalej. Przyjęcie drugiej osoby, uczynienie dla niej miejsca w swoim „domu”, nie może absolutnie prowadzić ku zawłaszczeniu, przywłaszczeniu tejże osoby sobie. Droga, jaką prowadzi nas Jezus, jest zawsze drogą do wolności. Jeżeli od czegoś (kogoś) nas odrywa, to pierwszą naszą refleksją powinno być pytanie o wolność. Także te trudne słowa dziś odczytywanego fragmentu Ewangelii – słowa Dobrej Nowiny – dane są nam jako lekcja wolności. Szybko uzależniamy się od konkretnej relacji. Szybko także zaczynamy traktować drugiego jako naszą własność. Szybko także chcemy kontrolować i samemu o wszystkim decydować. Pewnie, nie można tak ogólnie mówić, ale myślę, że każdy z nas kiedyś był w takiej relacji, w której spotkał siebie samego „ubranego” w takie właśnie postawy. Do końca drugi człowiek pozostanie dla nas tajemnicą i darem. A bywa przecież, że jakaś relacja dana nam jest tylko na jakiś czas – dopiero potem, z perspektywy upływających miesięcy czy lat, poznajemy, dlaczego tak się zdarzyło – i jej zakończenie również jest „porządną” szkołą wolności, oddawania, puszczania. Ta lekcja czasem boli, na początku nie jest łatwo, nikt tego nie ukrywa. A jednak Jezus zaprasza, aby iść dalej. Przyjąć ten „krzyż” i iść dalej za Nim – za Nim, a nie przed Nim. „Stracić życie” to pozostawić za sobą swoje zabezpieczenia, plany, poglądy, swój egoizm (ten „zły”) – pozostawić, aby mieć wolne ręce, bo tylko takie ręce zdolne będą przyjąć to, co Bóg chce nam dać. Ręce, serce. Kiedy „puszczamy”, okazuje się, że nic tak naprawdę nie straciliśmy, ale zyskaliśmy życie w Chrystusie. Bo to my mamy „dostrajać się” do Bożej logiki, a nie naginać ją do swoich potrzeb i oczekiwań. Kiedy coś oddajemy Panu, nie tracimy. To są te paradoksy. Pięknie jest więc przeżywać wszelkie relacje w świetle Jezusa, z Nim, w postawie także tego, który pyta się, który nie idzie sam, ale pamięta o obecności Mistrza.
Mówiliśmy o naszej godności. Dziś Jezus w perykopie mówi: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Zobaczmy jeszcze to zdanie w tym świetle. Wziąć swój krzyż nie musi od razu oznaczać przyjęcia cierpienia. Zbyt łatwo patrzymy na „krzyż” jako na miejsce cierpiętnictwa. A tymczasem, Jezus nie był cierpiętnikiem, ale Synem, który zawierzył do końca Ojcu i do końca wypełnił Jego wolę. Krzyż – w tym poleceniu Pana – czyż nie może oznaczać całego naszego życia, ze wszystkimi sytuacjami, wydarzeniami, doświadczeniami, które stają się naszym udziałem? Czyż nie może oznaczać po prostu całego naszego jestestwa z jego zaletami, naszymi talentami i dobrymi cechami, ale także z prawdą o słabościach, niedoskonałościach, o upadkach? Przyjąć siebie całego, w całości – dopiero wówczas można w pełni iść za Jezusem. Kto nie przyjmuje siebie jako osoby, jako Bożego stworzenia, jako umiłowanego dziecka Ojca, nie może iść za Jezusem „naprawdę”. Droga za Panem to droga Prawdy. Jezus nie dokonał dzieła zbawienia na „kawałku” Krzyża, ale na Krzyżu. Całość. Dlatego też m.in. to zdanie o relacjach i właściwej hierarchii. Chodzi o uporządkowanie. My często uciekamy od poznania siebie, od prawdy o sobie, a tymczasem Jezus pokazuje nam, że nie taka jest droga. Przyjąć całego siebie i całego Pana. Całą Jego Dobrą Nowinę. On dlatego przyszedł, aby nas odnaleźć – bo to, co odnalezione, może być zbawione. Odnaleźć siebie w Nim i pozwolić, by On nas, mnie, odnalazł. I tu też nie chodzi tylko o nas w takiej pracy nad sobą (nie brzmi to określenie w tym kontekście najlepiej, ale nie przychodzi mi inne do głowy) – chodzi też o tych, do których jesteśmy posłani, a którzy właśnie w nas mają dostrzec Jego. I naprawdę nieraz Go widzą tak autentycznie. Ale też mamy takie doświadczenie, że inni – patrząc na „osoby Kościoła” – chcieliby widzieć coś więcej. Mnie osobiście zawstydzają wszelkie dobre słowa, bo wiem, że powoduje nimi habit, który noszę. Te słowa są także wyrazem ludzkich pragnień i oczekiwań. Dlatego nasze wzrastanie, kształtowanie się w szkole Ewangelii, w zapatrzeniu w Jezusa, nie jest dla naszej prywatnej „satysfakcji”. Tu chodzi o coś więcej… .
„Błogosławiony lud, który umie się cieszyć i chodzi, Panie, w blasku Twojej obecności” – słyszymy słowa Psalmu. Zawsze mnie one jakoś szczególnie zatrzymywały, ilekroć np. natrafiam na nie w Liturgii Godzin (w modlitwie brewiarzowej) i pytam siebie samą najpierw o umiejętność radowania się Panem i o to, czy autentycznie żyję, chodzę, w Jego obecności. Psalmista powie nawet „w blasku obecności”. Obecność Pana nigdy nie jest ciemnością, nawet wówczas, gdy ukrywa przed nami jej odczucie i zostaje sam akt naszej woli, naszego rozumu: wiem, że Pan jest. To także pytanie o radość całej wspólnoty, całego Kościoła. Ale tę wspólnotę tworzą poszczególne osoby. Psalmista zaprasza nas dzisiaj, abyśmy na wieki śpiewali o łaskach Pana; abyśmy zawsze Go sławili dostrzegając i rozgłaszając Jego wielkie cuda. To jest ta radość. Oto jest nasza chluba i nasza godność: móc sławić Pana i wysławiać Jego łaski, rozgłaszać Jego cuda. On niczego nie zabiera, lecz hojny jest w dawaniu. Prorok Elizeusz też niczego owej kobiecie nie zabrał – nie zagarnął przemocą i siłą owego pokoju, owej cząstki jej domu. Przyjął to, co otrzymał i dał stokroć więcej. Jaka więc pieśń wyjdzie dziś z moich ust?
s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA
