XI Niedziela zwykła (rok A)

„Boże, mocy ufających Tobie, bez Ciebie nic nie możemy uczynić, wysłuchaj nasze błagania i wspomagaj nas swoją łaską, aby nasza wola i nasze czyny były poddane Twoim przykazaniom” – tak dziś modlimy się na samym początku Eucharystii. Kolekta jedenastej niedzieli podprowadza nas niezwykłej prawdy: niczego bez Pana nie możemy uczynić, a jednocześnie to, co najwłaściwszego powinniśmy uczynić to właśnie poddanie się Jego woli, kształtowanie naszych czynów według Jego słowa, Jego przykazania. To bardzo piękna modlitwa. Najważniejszą łaską, o jaką powinniśmy się modlić to prośba o wypełniania woli Ojca. Tak jak modlił się św. Franciszek: „Wszechmogący, wiekuisty, sprawiedliwy i miłosierny Boże, daj nam nędznym czynić dla Ciebie to, o czym wiemy, że tego chcesz i chcieć zawsze tego, co się Tobie podoba, abyśmy wewnętrznie oczyszczeni, wewnętrznie oświeceni i rozpaleni ogniem Ducha Świętego, mogli iść śladami umiłowanego Syna Twego, Pana naszego Jezusa Chrystusa i dojść do Ciebie, Najwyższy, jedynie dzięki Twej łasce, który żyjesz i królujesz, i odbierasz hołd w doskonałej Trójcy i prostej Jedności, Bóg wszechmogący przez wszystkie wieki wieków. Amen” (z Listu do całego Zakonu).

Aby pełnić tę wolę, trzeba najpierw zasłuchać się w Słowo Boga. Słuchać pilnie głosu Boga, a następnie strzec przymierza. Cóż to może oznaczać? Czyż nie dbanie o swoją relację z Bogiem? Piękne jest dzisiejsze pierwsze czytanie. Piękne, bo pada w nim niezwykłe określenie: „będziecie moją szczególną własnością pośród wszystkich narodów”. Wyprowadzenie Izraela z Egiptu opisane jest za pomocą obrazu niesienie na skrzydłach orlich. Bóg niesie nas na sobie samym – w ten sposób przeprowadza nas z ziemi niewoli do wolności, do ziemi obiecanej, do nowej ziemi. Ale Pan wyraźnie  mówi: bycie Jego tak szczególną własnością jest „zależne” również od naszej postawy: zasłuchania w Jego słowo i przestrzeganie przymierza, czyli praw, które nam dał.

Aby nas pojednać z Bogiem, Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami. To podkreślanie uczynione przez św. Pawła Apostoła ukazuje bezinteresowność miłości Boga. dar zbawienia, odkupienia, nie jest wynikiem naszych wielkich czynów. Nie możemy na ten dar zasłużyć. Jest on łaską – stajemy wobec niej w wolności. To my decydujemy jaką damy odpowiedź. Chrystus umarł za „niesprawiedliwych”, za tych, którzy przez grzechy, byli „nieprzyjaciółmi”. Bóg ulitował się nad człowiekiem. Tak jak Chrystus ulitował się nad tłumem. Zachowujemy się jak ci, którzy nie mają pasterza, kiedy nie postępujemy według Bożych przykazań. To one zostały nam dane jako drogowskazy. Nie po to, aby nas zniewalały, ale właśnie prowadziły do wolności. Te przykazania są jak owe skrzydła, która mają nas bezpiecznie nieść. Skrzydła mogą również skojarzyć się z przytuleniem. Nieść na skrzydłach, to nieść na samym sobie, nieść tak blisko siebie. Wiemy, że Pan ukrył nas w swoich ranach, na swoich dłoniach ma nas wyrytych. Bardzo lubię ten obraz z księgi proroka Izajasza (por. Iz 49,16) – bo on pokazuje, że Pan naprawdę nie może o nas zapomnieć. Znamy ten gest: ilekroć podnosimy dłoń do twarzy, widzimy, co na niej jest. Trudno to uchwycić słowami, zamknąć w jakimś precyzyjnym zdaniu, sformułowaniu, ale chyba rozumiemy, o co chodzi – o tę niesamowitą bliskość i relację, o jakiej Bóg nigdy nie zapomni. On nie jest biernym Obserwatorem naszego życia. Nasze życie to nie scena teatru, a On nie jest zasiadającym  na widowni. On jest w niejako w środku tej sceny – gdybyśmy już chcieli użyć takiego porównania. On jest w samym środku akcji. Tak bardzo jest w niej, że dla ocalenia grzesznego człowieka, Bóg wydał swojego Syna.

Rozesłanie Apostołów, o którym słyszymy w dzisiaj odczytywanym fragmencie Ewangelii wg św. Mateusza, jest przejawem Bożego miłosierdzia i zatroskania o nas. Kościół jest dziełem Jego miłości – to wyraz Jego troski o nas, o każdego.

Jezus posyła bardzo konkretne osoby. To nie jest tekst jakiś „ogólny”. Zostały wymienione imiona konkretnych osób posłanych. Imię to wyraz tożsamości. Jezus powołuje i posyła konkretną osobę – zna jej imię, jest w relacji z nią, zna ją. Idą razem, mają wspólną misję, ale jednocześnie każdy jest wymieniony indywidualnie – stanowi część całości, ale ze swoją odpowiedzialnością. Bo nawet Judasz zostaje posłany. Zobaczmy, on także miał doświadczenie Bożej łaski, otrzymał taką samą władzę nad duchami nieczystymi i władzę leczenia chorób, jak pozostali Apostołowie. Miał doświadczenie bycia posłanym. Widział dokonujące się cuda, powstających i stawiających pierwszy krok w nowości życia. A jednak… . To bardzo trudne. Można być tak blisko i… . Czym jest zdrada? To odwrócenie się plecami, to pójście swoją drogą.

Ciekawe jest wskazanie, jakie otrzymują posłani od Jezusa. Nie mają iść do pogan, nie mają wstępować do domów samarytańskich, lecz mają iść do owiec, które poginęły z domu Izraela. Posłanie na cały świat dokona się dopiero po Zmartwychwstaniu. Najpierw trzeba zanieść światło Dobrej Nowiny do tych, którzy są najbliżej. Nieraz to już pisałam w tych  rozważaniach – łatwo jest czynić wielkie akcje, angażować się w prestiżowe ewangelizacje o wielkim zasięgu, ale dać świadectwo chrześcijańskiej wiary, nadziei i miłości wobec tych, którzy są najbliżej, którzy znają mnie „naprawdę” i których ja znam „naprawdę” – takie świadectwo bywa już trudniejsze i jest bardziej wymagające. Dlaczego? Bo trzeba w sobie samym pokonać barierę zgubnego założenia: ja go znam, on się już nie zmieni. Jak mogę powiedzieć, że znam kogoś, skoro nieraz nie znam tak naprawdę samego siebie? Dwunastu zostaje posłanych w parach – tak to sugeruje ewangelista w parach właśnie wypisując ich imiona. Czy to idealnie dobrane pary? Raczej nie. Ale właśnie przestrzeń tej pary staje się pierwszym polem misyjnej działalności. A przecież każdy z nich jest szanowany i miłowany, wybrany przez Jezusa. Jezus nie wybiera idealnych. Posyła i Piotra i Judasza. Każdy posłany niesie swoją historię; niesie to, co ma w sobie dobre i to, co w nim zranione. Z całym tym bagażem wyrusza w drogę, która jest drogą do drugiego człowieka.

Posłany jest powołany, aby swoją misję wypełnić naśladując Jezusa. A cóż to oznacza? To zgoda na to, aby Boża łaska zwyciężyła najpierw w samym posłanym.  Kiedy w kontekście tej ewangelicznej perykopy odczytamy pierwsze i drugie czytanie, odkryjemy, że są one właśnie lekcją dla posłanego. On pierwszy ma przestrzegać Bożych przykazań, Bożej nauki i strzec w sobie przymierza oraz pamiętać, że to Jezus Chrystus jest Zbawicielem, to Jezus Chrystus – Sprawiedliwy – umarł za grzeszników. Misja i łaski związane z jej pełnieniem są darem, a obdarowanego winny postawić w pozycji dzierżawcy, który będzie musiał zdać z nich rachunek, ale zarazem nie może ich sobie przywłaszczyć. Misja ma się dokonać według woli Jezusa, a nie wyobrażeń i upodobań posłanego. Może Apostołowie również woleliby iść do całkiem obcych osób, a nie do swojego własnego narodu. Ale to od tych, którzy są najbliżej rozpoczyna się dzieło dawania świadectwa o Jezusie Chrystusie. Misja Apostołów, misja Kościoła jest ściśle powiązana z Panem – od Niego się rozpoczyna i z Niego czerpie swoją płodność, owocność. Zauważmy – nim Pan ich posłał, najpierw przywołał do siebie. Musieli zrobić krok ku Niemu, raz jeszcze dokonać swojego osobistego wyboru opowiedzenia się po Jego stronie. To akt zaufania, ale i posłuszeństwa. Posłanie, misję, realizuje się autentycznie będąc samemu zakorzenionym w Panu. Jezus najpierw przygarnia, przywołuje, a potem wysyła. Wyobraźmy sobie gest ramion, które najpierw zaciskają się w geście bliskości i uścisku, a następnie otwierają się geście puszczania, wypuszczenia. Jezus „ryzykuje” – daje uczniom zadanie, ale i wolność. Mają Jego Słowo i łaskę, wiedzą, co mają czynić, ale jednocześnie nadal pozostają wolnymi i będą mogli z tym uczynić, co zechcę. Bóg nie zniewala.

Żniwo wielkie – bo wiele dusz czeka na Dobrą Nowinę; bo wielu nas jest oczekujących na Życie. Pan jest Dawcą posłanych – „robotników”. Postawa proszenia o to, aby Pan wyprawił swoich robotników to postawa uświadomienia sobie, że potrzebuję tego, kto będzie głosił mi Słowo Boże i rozdzielał łaski świętych sakramentów – to uświadomienie sobie, że na drodze wiary sam sobie nie wystarczę. Trwanie we wspólnocie Kościoła gwarantuje obecność Pasterza; gwarantuje, że nigdy nie będę jak owca pozbawiona pasterza.

Nasze życie to historia posłania. Jesteśmy posłanymi do innych ludzi. Chrześcijaństwo to misyjność. Jezus również był „Posłanym” – od Ojca do nas w misterium Wcielenia, a potem co dzień w sakramencie Eucharystii. Jezus wciąż pozostaje Pielgrzymem. Wciąż patrzy na tłum, na mnie w tym tłumie, i lituje się – widząc nasze zagubienie wciąż do nas wychodzi, czyni krok ku nam, bo to On nas pierwszy umiłował. Misja uczniów jest odzwierciedleniem misji Pana – to, co Jezus polecił czynić Apostołom, sam czynił pierwszy i widać to również w zapisie dzisiejszej perykopy. Jezus spojrzał na tłum tak jak w słuchanej tydzień temu perykopie spojrzał na celnika Mateusza. To jest to samo spojrzenie uzdrowienia, wyzwolenia i wyprowadzenia, poprowadzenia, spojrzenie miłości, troski i miłosierdzia, a nie oceny i kalkulacji. Na początku to jest tłum, ale gdy spotyka on naprawdę Chrystusa – spotyka Ojca i staje się dzieckiem Bożym. Od nieprzyjaciela przechodzi do bycia usprawiedliwionym. Od jednego z wielu ludów, staje się narodem wybranym.

Posłanie, które staje się udziałem Dwunastu, to wędrowanie ku drugiemu człowiekowi, aby następnie razem już iść do domu Ojca. Razem – w postawie braterstwa – bo Apostołowie nie są lepsi od tych, do których Pan ich posyła i na nich nic się nie kończy, bo mają oni zapowiadać Jezusa – idą tam, gdzie On sam zamierzał się udać. Do tego ewangelicznego braterstwa św. Franciszek dodał szczególny aspekt jest postawa matki. Brat miał być dla drugiego brata jako matka – pełna troski, bezwarunkowej miłości, wrażliwości, zaufania i delikatności. Przychodzący brat miał być jak syn, który z ufnością może polecić się matce. To obraz rodzinności i wzajemnej odpowiedzialności. Odpowiedzialność za swoje powołanie, swoją drogę i zbawienie, a następnie odpowiedzialność za tego, kogo Bóg daje nam spotkać, do kogo nas posyła. Litość, o jakiej pisze ewangelista, oddaje cechę macierzyńskiej miłości Boga. Nasza „choroba” (grzech, słabość, ale i oczywiście także to, co fizyczne) porusza Jego wnętrzności aż do współcierpienia z nami, aż do przyjęcia na siebie naszych ran i bólu.

Znalazłam piękne zdanie: domem apostoła jest droga. Domem każdego ucznia Jezusa jest droga – to wędrowanie do innych, aby razem wędrować do domu Ojca. To wędrowanie jest nauką drugiego człowieka, szkołą uważności i otwartości, ale także sprawdzianem autentyczności deklarowanej wiary i czasem wyzwolenia – by naprawdę głosić, nieść Dobrą Nowinę, a nie „ideologię”. Dobra Nowina wyzwala, wprowadza na pastwiska życia, gdy tymczasem ideologia zniewala, izoluje. Apostołowie nie mają głosić jakiegoś odległego królestwa – ale nadchodzące królestwo Boże. Pan powie, że to królestwo jest blisko nas, bo jest w nas – jest relacją Ojca z dzieckiem w Synu. I to napełnia nas radością – to czyni radosnym wyznanie czynione wraz z psalmistą – my ludem Pana i Jego owcami. „Służcie Panu z weselem, stańcie przed obliczem Pana z okrzykami radości. Wiedzcie, że Pan jest Bogiem, On sam nas stworzył, jesteśmy Jego własnością, Jego ludem, owcami Jego pastwiska” – te słowa wprowadzają światło nadziei i pokój, stają się fundamentem, drogowskazem, budują przynależność, poczucie tożsamości, tak przecież ważne i istotne. To pewność Bożej  łaski, Bożej wierności, która „trwa na wieki”. Ta droga za Panem utkana powinna być z radości – z radości przynależności do Pana właśnie. Ta przynależność to nie brak wolności, przymus, nakaz – to wybór prawdy już zapisanej w naszym jestestwie: jesteśmy Bożym stworzeniem. Tylko w relacji z Nim odnajdujemy swoje prawdziwe miejsce – dać Mu się unieść na skrzydłach, dać Mu się poprowadzić – to znaczy zaprowadzić do innych.

s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA