Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego A.D. 2026
Oto najważniejsze chwile w roku liturgicznym, w historii naszego zbawienia – w mojej osobistej historii zbawienia. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, poprzedzona świętym Triduum Paschalnym, jest wydarzeniem „powstania”, „przebudzenia”. Autor starożytnej homilii na Świętą i Wielką Sobotę – którą odczytujemy w Wielką Sobotę w liturgii brewiarzowej Godziny Czytań – wielokroć używa właśnie tych czasowników: powstać, wyjść, wstać, przebudzić się. Wkłada je w usta Pana, który po swojej śmierci, wstąpiwszy do otchłani, chce stamtąd wydostać pierwszego człowieka, a w raz z nim i w nim – każdego z nas. Tak, to Święta powstania za snu, aby mógł nam i w naszym życiu zajaśnieć już tylko Chrystus. Przez ciszę Wielkiej Soboty przechodzimy do paschalnej radości Poranka Wielkanocnego. Przez ciszę – bo tylko w niej może najpełniej wybrzmieć najwspanialsze Słowo Boga – sam Bóg, Jezus Chrystus, który choć umarł, triumfuje zwycięski. W kolekcie tej niedzieli Kościół prosi, abyśmy obchodząc tę uroczystość zostali odnowieni przez Ducha Świętego „i modli zmartwychwstać do nowego życia w światłości”. Ta uroczystość to także przecież Ofiara, „przez którą Kościół odradza się do nowego życia”. Ileż w tej Liturgii jest światła! Ileż wezwania do nowego życia! To zmartwychwstanie nie jest kategorią wyłącznie związaną z życiem wiecznym. Ono ma się dokonać już teraz – w tym, co nazywamy „dziś”. Boża łaska jednak jest niezwykle pokorna i zatrzymuje się u drzwi naszego serca i czeka na jego odpowiedź.
Centralnym tekstem Wigilii Paschalnej jest opis wyjścia Izraelitów z Egiptu i przejścia przez Morze Czerwone. Pan sprawił, że otworzyło się ono przed ludem wybranym i mogli bezpiecznie przejść na drugą stronę. Zamknęło się jednak morze dla wojska nieprzyjaciół i pochłonęło je. Tak Pan pokonuje nasz grzech. Tak Pan chce nas poprowadzić. Jakiejś jednak bezgranicznej ufności potrzeba, aby przejść tą drogę. Może i ja dziś stoję nad takim moim osobistym „brzegiem morza grzechu” i wydają mi się te odmęty nie do przebycia, nie do pokonania, jakby na nich już kończyła się cała droga i nic nie było dalej? Ależ przecież jest! Za nimi czeka ziemia obiecana, to znaczy ziemi komunii z Bogiem. Może w te dni szczególnie patrząc na Krzyż zastanawiałem się, gdzie ta potęga Boga – przecież przed oczyma miałem udręczone Ciało Chrystusa, Mesjasza odrzuconego, oplutego i do tego „dziwnie” milczącego, który nawet nie próbuje się bronić? To są chwile, w których może najpełniej i najpiękniej rozkwitnąć wspaniały i niezastąpiony kwiat zaufania. Wbrew temu, co widzą oczy; wbrew temu, co podpowiada rozum i światowa logika; wbrew temu, co mówią inni; wbrew temu, co może czuje (czy raczej nie czuje) moje serce – ufam i idę za Panem. Nie zostawiam Go, choć ukrył się za grobową skałą. Moje serce czuwa, bo wie, że ten Grób jest w ogrodzie – że zaraz z niego wyjdzie Życie. Taka ufność jest owym codziennym zmartwychwstawaniem, czyli przechodzeniem z ciemności do życia światłości.
Bogata jest Liturgia Słowa Wigilii Paschalnej. Bogata jest także i w Poranek Wielkanocny. A tuż przed aklamacją radosnej Dobrej Nowiny, słyszymy wspaniałą sekwencję. Słyszymy właśnie słowa pełne paradoksów – Wódz życia, choć poległ, to triumfuje żywy w chwale; odkupił owce Baranek bez skazy; Syn pojednał nas z Ojcem, abyśmy my mogli w Nim żyć na wieki; Pan wykupił swojego niewolnika (jak słyszymy w Orędziu Wigilii Paschalnej). Tu nie potrzeba długich i zawiłych komentarzy, ale serca, które rozraduje się tym, serca, które wyśpiewa pieśń dziękczynienia. Serca, które – jak napisał św. Paweł w Kolosan – wie, że ma dążyć do tego, co w górze, bo nasze życie ukryte jest z Chrystusem w Bogu, skoro w Nim i z Nim przez śmierć przeszliśmy do życia. W noc wyjścia z Egiptu, w świętym dniu Paschy, Izraelici spożywali chleby niekwaszone. Z praktycznego punktu widzenia – dlatego, że nie zdążyli się przygotować, ale duchowo dlatego, że nowego człowieka nie może zakwaszać stary kwas – do czego nawiązuje również św. Paweł, tym razem pisząc do Koryntian. Zmartwychwstanie Chrystusa ma się objawić w narodzinach nowego człowieka. W odmętach Morza Czerwonego Bóg rzeczywiście pogrążył wojska faraona, czyli obraz tego, co ciemiężyło Boży lud. To dokonało się naprawdę. Zmartwychwstanie Chrystusa i triumf nad śmiercią również dokonał się naprawdę. Jeśli w to uwierzę z głębi serca i przyjmę tę prawdę – wtedy powstaje nowy człowiek, który już wie, że nie powinien się odwracać do tego, co było, ale być całym ukierunkowanym na to, co przed nim. Potrzeba nam „naprawdę” przejść przez to „morze” i zgodzić się, przyjąć, że to, co było pozostaje za nami. Te Święta są zaproszeniem do nowej drogi – w Chrystusie i z Chrystusem, a jest to w takim razie droga paschalna, która choć najpierw prowadzi w jakimś sensie „w dół” (tajemnica Krzyża i osamotnienia w Grobie), to jednak cała ukierunkowana jest na ten element „ku górze”. A szlakiem jej jest ofiarowanie i miłość. Więcej nawet – Jezus powiedział o sobie, że jest Drogą. A przecież On jest Miłością. Ową więc Drogą jest Miłość. Miłość, która jest Osobą. Pamięć o paschalności chrześcijańskiej drogi sprawia, że w ciemności widzimy światło; że nie zatrzymujemy się na ciemności.
Jan z Piotrem przybiegają do Grobu Pana wyciągnięci niejako przez Marię Magdalenę z zamknięcia w Wieczerniku. To bardzo głęboka perykopa, proszę wybaczyć, że nie zatrzymamy się szczegółowo nad nią, ale jak Państwo zauważyli, charakter tego dzisiejszego wpisu jest nieco inny niż analiza czytań mszalnych. Zauważmy tylko trzy kwestie. Pierwsza – Maria Magdalena przybywa do Grobu, gdy jeszcze było ciemno. Minął już czas szabatu i nie łamiąc przepisów Prawa mogła przebyć drogę do Grobu. Nie czeka na światło dnia, bo miłość i tęsknota, jakie przenikają jej serce nie pozwalają jej na to. Jakim dla niej udręczeniem musiał być spoczynek szabatu i ta niepewność! Biegnie, gdy jest jeszcze ciemno. Może w naszym życiu duchowym są sprawy, które odkładamy na potem, bo wydaje nam się, że „teraz nie czas na nie”, chcemy poczekać, „aż będzie lepiej”. Ale czy to czekanie nie jest powodowane brakiem zaufania albo jakimś duchowym lenistwem, albo też przyzwyczajeniem do pewnego stanu i wcale nie mamy ochoty go zmieniać, choć jednocześnie czujemy, że coś jest nie tak? Nie czekajmy. Jezus przychodzi także w ciemności. Ciemność nie jest przeszkodą. Maria Magdalena dlatego, że wcześniej już czuwała, wiedziała, jak dojść do Grobu. Szła kierowana pamięcią serca. Nie potrafiła biernie czekać. Są sytuacje, które owszem od nas nie zależą, w których trzeba pozwolić „działać czasowi”, ale nawet to nie zakłada bierności. Oczekiwanie takie nie jest biernością, ale również aktem ufności, jeśli przeżywane jest z Panem i ze spojrzeniem skierowanym na Niego. Biegnie, gdy było jeszcze ciemno – bo to przez ciemność przedzieramy się do światła. To jest właśnie paschalna droga.
Druga kwestia – Piotr i Jan. Każdy z nich, choć biegną razem, realizuje to w swoim tempie, a jednak pozostają wspólnotą. Oto obraz Kościoła. Jan okazuje szacunek Piotrowi czekając na niego. Kościół w Piotrze wchodzi pierwszy do pustego Grobu. Moje rozeznanie, moja droga za Panem, również winna dokonywać się w Kościele. To on jest przestrzenią rozeznawania i wyznawania wiary. Ale Kościół „za mnie wiary nie wyzna” – to znaczy, nie wystarczy, że przyjdę na Mszę św. i będę uczestniczyć w liturgii Zmartwychwstania. Potrzeba osobistego kroku, osobistego zanurzenia, tak jak to uczynił Jan. Idę za przewodem Kościoła, za jego słowem, wskazaniami, ale właśnie – idę, czyli stawiam „moje” kroki. I jeszcze jedno w tym temacie – różne tempo uczniów nie zniweczyło jedności wspólnoty. Czy jest we mnie postawa wyrozumiałości, że każde z dzieci Kościoła ma swoje tempo w dochodzeniu do Pana, w przeżywaniu wiary? A może staram się coś komuś na siłę narzucić? Siłą nie da się prawdziwie ewangelizować. To, że ja jestem na takim etapie, nie oznacza, że każdy teraz ma być na tym samym etapie i przeżywać go tak samo jak ja, a moje przeżywanie ma być „wyrocznią” dla innych, jak tego dokonywać. Nie. Światłem jest Chrystus, a to On jest Dobrym Pasterzem. Na drodze wiary – i w rozumieniu wspólnoty Kościoła – potrzeba nam dużo wyrozumiałości, takiej wyrozumiałości, która utkana jest nie z pobłażliwości i źle rozumianej tolerancji, ale raczej z ewangelicznej mądrości, której źródłem i zwierciadłem jest postępowanie Pana Jezusa.
Trzecia kwestia – uczeń wszedł, ujrzał i uwierzył. Nie tylko „zobaczył”, ale „ujrzał”. Może po polsku nie słyszymy tej różnicy, ale jest ona bardzo wyraźna w języku greckim. Zobaczyć – tak tylko powierzchownie, ocenić sytuację, stwierdzić fakty. Ujrzeć – to znaczy spojrzeć głębiej, przeżyć to na co się patrzyć, pozwolić, aby ten widok przeniknął serce i miał wpływ, miał moc kształtującą. Ujrzeć – „zobaczyć naprawdę”. To z takiego spojrzenia rodzi się wiara. A jak ja dziś będę patrzyć na Zmartwychwstanie? Zobaczę czy ujrzę? Odejdę „zaliczywszy” obowiązkową Mszę św. czy pójdę w codzienność przemieniony wiarą?
Chrystus zmartwychwstał, to znaczy zwyciężył, a Jego zwycięstwo jest naszym zwycięstwem. Zwyciężył również dlatego, że Jego Serce pozostało wolne od nienawiści, rozpaczy i pogardy. Zwyciężył, bo nie zapanowało nad Nim zniechęcenie, które jest największą przegraną. Oto droga z Jezusem. Oto droga, na której On jest, On idzie przede mną. On rozgląda się, szuka mojej obecności, czeka na mnie. Wyjdźmy na spotkanie żywego Boga, który żyje na wieki i sam jest naszym Życiem; jest tak bliski, że zechciał cierpieć i umrzeć za nas,
a zmartwychwstając i triumfując nie oddzielił nas od siebie. Oby ten Święty Czas, był czymś więcej niż tylko tradycyjnym obchodem liturgicznym. Oby był prawdziwym Spotkaniem i Odrodzeniem. Niech Pan ukryje nas w swoich świętych ranach, abyśmy już nigdy nie odłączyli się od Niego i już mogli wraz z Nim cieszyli się chwałą Zmartwychwstania. Życzę otwarcia na Prawdę, aby móc się narodzić. Miłości, która nie się nie zatrzymuje, nawet jeśli na chwilę upadnie. Nadziei, która nie ulega pozornym mrokom. Odwagi pokornej, której źródłem jest modlitwa. Wiary prawdziwej, ewangelicznej, prostej. Zawierzenia, które jest jak ukojenie duszy w uścisku przyjaciół. Doświadczenia Boga, który przekracza skalne mury, przenika drzwi zamknięte. Ciszy, w której króluje najpiękniejsze Słowo.
Niech Pan błogosławi i strzeże! Niech obdarzy pokojem i swoim dobrem! Niech także Niepokalana Maryja, Matka Miłości Zranionej i Naszej Nadziei, otula płaszczem swej opieki, osłania przed złem, prowadzi do Syna.
s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA
