XII Niedziela zwykła (rok A)

„Nie bójcie się ludzi”. Tak rozpoczyna się dzisiejsza ewangeliczna perykopa. To zdanie bardzo mnie zatrzymało. W pierwszym czytaniu słyszymy o cierpieniu proroka Jeremiasza, na życie którego czyhali jego nieprzyjaciele. W dalszej części swojej mowy Pan Jezus powie o tych, którzy zabijają ciało i da wskazania swoim uczniom, jak mają przetrwać prześladowania. To więc pierwsze zdanie należałoby zapewne odczytać w takim kontekście – nie bójcie się tych, którzy będą was prześladować, tych, którzy będą występować przeciwko wam z powodu przynależności do Chrystusa. Ale może i jest możliwość spojrzenia na to zdanie w nieco innej perspektywie. „Nie bójcie się ludzi” – nie bójcie tych, do których jesteście posłani, nie bójcie się tych, którzy was otaczają, nie bójcie się tych, których spotkacie. Bądźcie wolni od lęku. To może również oznaczać – być sobą, nie nakładać masek. To nie wobec ludzi mamy czuć trwogę. To nie oni ostatecznie są naszymi sędziami i nie do nich należy nasze życie, nie od nich. Jest to Słowo o odwadze, która ma swoje źródło w Chrystusie. Pamiętam takie zdanie usłyszane jeszcze w liceum, podczas rekolekcji szkolnych, że „odwaga to strach, który się modli” – czyli nie szuka siły w sobie, nie ucieka przed prawdą, że strach jest strachem, ale nie zatrzymuje się nad tym. Odwaga nie jest naszą zasługą.

Ale może warto zaryzykować myśl, że jest to także zaproszenie do tego, aby nie bać się siebie samego. Łaska Chrystusa jest zawsze większa od naszego grzechu – jak przekonuje nas w drugim czytaniu św. Paweł.

Tym, co utwierdza w Panu jest miłość – jak stwierdza dzisiejsza kolekta. Miłość sprawia, że napełnia nas i bojaźń Pana, która nie jest strachem, nie jest paniką, ale czcią i szacunkiem. To bojaźń Boża pomaga nam także w zachowaniu przykazanie: „nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. Jeden jest Pan. Gdyby Jeremiasz pokładał nadzieję w kimś jeszcze, poza Bogiem, nie znalazłby w sobie tej siły, by mimo przeciwności wypełniać swoje posłannictwo. To miłość i wierność Bogu pozwoliła Jeremiaszowi wołać: „Ale Pan jest przy mnie jako potężny mocarz; dlatego moi prześladowcy ustaną i nie zwyciężą”. Cóż to za wiara! Cóż za pewność! To ona jest tym, co prowadzi, tym, co pozwala nie ustać w drodze. Pan jest dobrym Pasterzem – prowadzi nawet przez ciemną dolinę, choć w pierwszym momencie bardzo trudno to odczuć, mieć tego świadomość. Tylko, że gdy się idzie przez ciemną dolinę, nie chodzi o uczucia, o odczucia, ale właśnie o świadomość.

Podczas gdy świat może wołać: „donieście, donieśmy na niego” wypatrując upadku, Pan stoi po naszej stronie, jako Obrońca, jako Ten, który samym sobą nas osłania, pragnie naszego dobra, bo „jesteśmy cenniejsi niż wiele wróbli”. Jesteśmy cenni, bo przecież odkupieni drogocenną, bezcenną Krwią Chrystusa. Czy tak patrzę na siebie? Jako na umiłowanego, umiłowaną przez Boga? Nasze „przestępstwa” – używając języka św. Pawła z dzisiejszego drugiego czytania – nie są większe, i nigdy nie będą większe, od łaski. One nie przysłonią łaski Pana, łaski Tego, który poniósł śmierć: Sprawiedliwy za niesprawiedliwych.

Pan w tej perykopie zestawia sprzedaż z własnością. Ludzie sprzedają, kupują, handlują, a Bóg jest wierny. To bardzo poruszające, bo Jeremiasz mówi, że to zaprzyjaźnieni z nim wypatrują jego upadku. Nie obcy, nie wrogowie – ale zaprzyjaźnieni. Dlatego nie mamy budować na ludzkich relacjach, słowach, opiniach. Ale warto też zadać sobie pytanie, jak ja buduję relacje i czy przypadkiem nie jestem w nich interesowny?  Od dóbr doczesnych, od doczesnych korzyści, dużo ważniejsze jest nasze życie wieczne. Takie powinno być nasze spojrzenie. Nie możemy zatrzymywać się na tym, co tu i teraz. Tu i teraz jesteśmy tylko pielgrzymami. Nasze życie nie kończy się na tym, co ziemskie. Idziemy dalej. Pan wyraźnie mówi w tej perykopie – nie mamy bać się tych, którzy „zabijają ciało”. To „tylko” ciało – choć zarazem to „aż” ciało, ponieważ nasze człowieczeństwo dane nam jest jako droga do wieczności. Ale właśnie, człowieczeństwo to coś więcej niż ciało. Nasze człowieczeństwo to godność, honor, kształtowanie cnót, wierność zasadom. A tego nikt w nas nie może zabić. Mogą nam odebrać dobra doczesna, jakieś korzyści, ale tak naprawdę – choćby im się wydawało inaczej – nie mogą nam odebrać naszego człowieczeństwa, bo to, czy damy je w sobie zniszczyć, przekreślić, zależy już wyłącznie od nas. Można zachować wolność nawet w okoliczności zewnętrznego zniewolenia – jak uczył bł. ks. Jerzy Popiełuszko.

Pan Jezus mówi, aby Jego uczniowie nie bali się. Każdy z nas, w Bożych oczach, jest tak bardzo cenny. Przypomina mi się Psalm 139: „Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane. Choć jeszcze nie ma słowa na języku: Ty, Panie, już znasz je w całości. Ty ogarniasz mnie zewsząd i kładziesz na mnie swą rękę”. Ale ta znajomość ma jeszcze „drugą stronę medalu”, o czym Pan też mówi w dzisiejszej perykopie. On przyzna się do nas, weźmie nas w obronę, ale jeszcze i my musimy zdecydować – czy przyznamy się do Niego. Jest to scena utkana językiem sądowym. Możemy wyobrazić sobie proces, w którym jesteśmy świadkami i mamy odpowiedzieć na pytanie, czy znamy Pana. To pytanie świat będzie nam zadawał na wiele sposób, nie zawsze w sposób werbalny i bezpośredni. To będzie pytanie o nasze codzienne postawy, wybory, o spójność wiary z codziennością. To właśnie „codzienność” jest swoistego rodzaju salą sądową. Jednak ten „sąd” tu na ziemi, ma swoje odbicie także w wieczności. Jezus nie przyzna się przed Ojcem do nas, jeśli my pierwsi zaprzemy się Go, nie rozpoznamy Go – czyli świadomie i dobrowolnie odrzucimy Chrystusa. To wielka tajemnica. Z jednej strony, Chrystus jest naszym Pośrednikiem u Ojca, z drugiej – jeśli my Go nie chcemy, On nie będzie nam się narzucał, tak kolokwialnie mówiąc. Zjednoczeniem z Panem jest miłość oraz wierność. Przyjąć Syna to stać się dzieckiem Ojca. Przyznać się do Pana przed ludźmi to także w nich rozpoznać Jego poranione Oblicze, jeszcze niedoskonałe; dostrzec w nich tych, którzy również są zaproszeni do udziały w byciu dziećmi Bożymi, naszymi braćmi i siostrami. „Wynik” Bożego sądu jest więc – w jakimś sensie – w moich własnych rękach. To, jak wybiorę w codzienności, zdecyduje o wiecznym wyniku. Przyznanie się do Pana nie jest kwestią „orzeczenia”. Bóg więc nikogo nie potępia, tego aktu dokonujemy my sami. To bycie z Nim w jedności serca i życia. Podobnie, gdy w św. Paweł w Liście do Rzymian, pisze, że „nic nas nie może odłączyć od miłości” Boga – w domyśle zostaje myśl, że jedyną osobą zdolną do tego jest człowiek sam dla siebie. Możemy także przywołać historię Piotra – także zaparł się Pana, ale zapłakał ostatecznie. Zawsze jest jeszcze więc szansa. Możemy sądzić, że uciekniemy od tych pytań, ale przecież – to, co ukryte, zostanie wydobyte na światło. Ewangelia nie jest dana do głoszenia w ukryciu. Wiara nie jest do „prywatnego” przeżywania.

„Panie, modlę się do Ciebie  w czas łaski, o Boże. Wysłuchaj mnie w Twojej wielkiej dobroci, w Twojej zbawczej wierności. Wysłuchaj mnie, Panie, bo miłość Twoja jest łaskawa, spójrz na mnie w ogromie swego miłosierdzia. Patrzcie i cieszcie się, ubodzy, niech ożyje serce szukających Boga” – tak dziś modlimy się razem z Psalmistą.  Ileż w tych słowach wiary, nadziei, ile pragnienia relacji i bliskości. Miłość Pana jest łaskawa. W to nigdy nie wolno nam zwątpić. Ale aby się nią tak ucieszyć i pozwolić, by ona ożywiała nasze jestestwo, trzeba być właśnie „ubogim”. Ani Jeremiasz, ani inni wierni uczniowie Pana, nie polegali na sobie, nie zatrzymali się na sobie – bo to owo skupienie właśnie sprawia, że jesteśmy „bogaci”, a nie „ubodzy”. A przecież bycie ubogim duchem, czyni nas bogatymi Bogiem. Każdy czas jest czasem łaski – to znaczy chwilami, z których utkana jest historia naszego zbawienia. Czas łaski to nie tylko te chwile „przyjemne”, w których wiara niesie nas na skrzydłach swoistego rodzaju entuzjazmu i łatwości. Czasem łaski jest i to wędrowanie po prostej ścieżce, i to zmaganie się, gdy trzeba przedzierać się przez ciemną dolinę. Na każdej drodze czeka Pan – bogaty miłosierdziem, pełen łaskawej miłości – bylebyśmy tylko my sami chcieli Go rozpoznać i autentycznie przyjąć, bez lęku i ludzkich kalkulacji.

s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA