X Niedziela zwykła (rok A)

„Poznajmy, dążmy do poznania Pana; Jego przyjście jest pewne jak poranek” – tak rozpoczyna się dzisiejsza liturgia Słowa. Dążmy do poznania Pana, bo Jego przyjście jest pewne. To zdanie jest przeciwieństwem do wyznania jakie w tym samym fragmencie z księgi proroka Ozeasza czyni Bóg: miłość ludu jest podobna do „do chmur o świtaniu albo do rosy, która prędko znika”. Widzimy więc paradoks – pewność Bożej obecność i niestałość naszej miłości. A przecież tak wiele otrzymujemy od Niego, On jest dawną naszego życia i zbawienia, a my tak chwiejnie odpowiadamy na Jego miłość, na tę miłość, z której Bóg dał światu swego Syna, aby świat zbawić. Tę chwiejność widzimy także w postawie faryzeuszy. Zamiast radować się nawróceniem człowieka, oni nadal widzą w tym nawróconym grzesznika – już zapomnieli, że sami także są grzesznikami, są niedoskonali. Samo składanie ofiar i przestrzeganie literalne Prawa, nie zapewnia im trwania w autentycznej komunii z Bogiem. Jezus, Bóg, który jest Miłością, nie skupia się wyłącznie na tych ofiarach, które mogą dawać tym, którzy je składają, zgubne wrażenie bycia idealnym. Ten, który jest Miłością, pragnie naszej miłości – ta miłość, stała i wierna, pełna żaru i zawierzenia, jest najpiękniejszą odpowiedzią. Jest to dar miłości składany przez tego, który wie, że bez Pana sobie nie poradzi; że bez Pana jego życie jest pozbawione sensu

To właśnie poznania Boga pragnie Jezus. Słowa z księgi proroka Ozeasza zostały przytoczone przez ewangelistę w kontekście sceny powołania-nawrócenia celnika Mateusza i dialogu z Żydami, którzy zarzucali Jezusowi (choć nie wprost, bo zwracają się z tym zarzutem do uczniów Chrystusa), że je i pije z grzesznikami i celnikami. Na ich zarzuty i oburzenie, Chrystus odpowiada właśnie tymi słowami: „Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Nie przyszedł On bowiem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. Ten, kto mniema, że jest „zdrowy”, nie pozna Pana, bo „nie wyjdzie” ze swojej „komory celnej”. Ten zarzut faryzeuszów, to zarzut, że Bóg jest miłosierny i pragnie każdego ocalić (pamiętamy może oburzenie proroka Jonasza, gdy mieszkańcy Niniwy podjęli pokutę – prorok obraził, że Bóg okazał im miłosierdzie).

Bóg pragnie być poznany. On nie ukrywa się za swoim majestatem jak Niedostępny. Jego bliskość została wyrażona właśnie w misterium Wcielenia Syna Bożego. Ta bliskość jest miłosierdziem Boga. Gdy Jezus mówi, że chce bardziej miłosierdzia niż ofiary – to tak jakby mówił, że chce naszej bliskości o wiele bardziej (i przede wszystkim) tej bliskości a nie rytualnej rutyny, „faryzejskiej” modlitwy literalnej. Celnik nie poszedł do świątyni, ale wszedł we wspólnotę z Jezusem. Tylko w tej relacji może się dokonać autentyczne nawrócenie. Bo nie jest ono tylko takim aktem zewnętrznym, widocznym we wzmożonej modlitwie rytualnej. Nawrócenie to odwrócenie się od skupiania na sobie i swoich czynach, na swoich racjach – odwrócenie po to, aby zacząć patrzeć w tym samym kierunku, co Jezus. Nawrócenie to wtulenie się w Jezusa, wejście w bliską, zażyłą z Nim relację – i to z tej relacji następnie wypływają wszelkie praktyki pobożności, religijności, a także czyny miłosierdzia względem bliźnich.

Wspaniała jest ta scena powołania celnika. W jego osobie zobaczmy siebie – zamkniętych w naszej codzienności, w rutynie, w nawykach i przyzwyczajeniach, w tym, co uważamy, że jest słuszne. Siedzimy w naszych komorach grzechu, iluzji, złudzeń o poprawności życia i o tym, że – niby – nic nam już nie brakuje i niczego nie potrzebujemy. Tymczasem, wystarczy przejście Jezusa obok i nasza chwila uważności, w której usłyszymy Jego głos i dostrzeżemy Jego spojrzenie – spojrzenie miłości. Celnik nie czekał, nie zobaczył, która godzina i ile jeszcze mu zostało do końca pracy, nie myślał, czy znajdzie zastępstwo i jakie będą ludzkie konsekwencje jego wyjścia z komory. Spojrzenie i wezwanie Jezusa były silniejsze.

Do celnika można odnieść słowa, którymi św. Paweł opisał postawę Abrahama: „uwierzył nadziei wbrew nadziei”. Celnik, w oczach tych, którzy go otaczali, swojego społeczeństwa, w jakim żył na co dzień, nie był nic wart – był postrzegany, jako sprzymierzeniec okupantów, jako ktoś kogo można było kupić, zyskać sobie za odpowiednią cenę; był przykładem także nieuczciwego zbogacenia się i wyzyskiwania innych przez narzucanie zbyt dużych opłat i osobiste nieuczciwe z nich rozliczanie się. Lecz spojrzenie Jezusa było zupełnie inne. Celnik dostrzegł w Jego spojrzeniu nadzieję i miłosierdzie. Spojrzenie Pana przywróciło celnikowi poczucie godności – dało mu to poczucie wartości na nowo. To dlatego poszedł za tym spojrzeniem – uwierzył tej nadziei w nim wyrażonej. Nie wiedział – opuszczając swoją komorę celną – dokąd go Pan zaprowadzi, co go czeka, ale poszedł i to natychmiast. Bo miłość nie może czekać.

Abraham oddał Bogu chwałę przez akt swojej wiary, przez to, że nie upadł zwątpiwszy, nie okazał wahania i niedowierzania – jak to opisał św. Paweł – „był przekonany, że mocen jest On również wypełnić to, co obiecał”. Oddał Bogu cześć wzmacniając się w wierze. Celnik oddał Bogu chwałę idąc za głosem Jezusa. Św. Paweł pisząc o postawie Abrahama, odnosi się także do nas, którzy „wierzymy w Tego, co wskrzesił z martwych Jezusa”. Wobec tej tajemnicy wiary łatwo zwątpić, łatwo się poddać. Tej niedzieli jesteśmy zaproszeni do spotkania się z pytaniem o naszą wiarę – czy jest tylko oparta na „zewnętrznej poprawności” czy jest aktem miłości względem Boga, któremu oddawać chcemy chwałę i za którym pragniemy iść, którego pragniemy wciąż poznawać. Pytanie jednak – czy chcemy poznawać Pana? Bóg ciosał swój lud przez proroków, Prawo Jego „zabłysło jak światło”. Bóg nas nie zostawił, wciąż nas szuka. To światło jest blisko nas.

Obraz Jezusa siedzącego za stołem wśród grzeszników i celników, razem z uczniami, to obraz wyjątkowej wspólnoty, do której Bóg nas zaprasza. To obraz Kościoła – świętego świętością Chrystusa, ale i grzesznego nami. Stół jest miejscem jednoczącym, tu siada cała rodzina; wokół niego zbierają się, aby wspólnie spędzić czas. Jezus jest między tymi „grzesznikami”, podobnie jak był nad Jordanem, gdy przyszedł do Jana Chrzciciela.

Dostrzeżmy jeszcze uczniów. Byli przecież Żydami, znali Prawo, mieli swoją mentalność, swoje oczekiwania wobec Mesjasza i roli narodu wybranego. Jak więc musieli się czuć, gdy Jezus zabrał ich na wieczerzę, w której udział brali także grzesznicy, celnicy? Jak czuli się, gdy to właśnie celnik dołączył do ich grona? Jak czuli się, co pomyśleli, gdy faryzeusza zaczęli ich wypytywać o postępowania ich Mistrza? Milczą. Odpowiedział Jezus. Ale zastanówmy się – czy nie czuli się zmieszani albo czy w ich sercach nie pojawiła się pokusa zgodzenia się z tym, co mówią faryzeusze? Możemy idealizować obraz uczniów Jezusa, ale oni też byli „ludźmi”. Czy nie dostrzegamy w nich nieco podobieństwa do starszego syna miłosiernego ojca, który także nie chciał wejść na ucztę przygotowaną na cześć młodszego brata, który wrócił do domu? A jakie jest moje spojrzenie, jaka jest moja postawa wobec nawracającego się? Spojrzenie Jezusa było pełne światła, spojrzenie faryzeuszy – było pełne oceny, osądu, oskarżenia; spojrzenie uczniów – może miało w sobie coś z pytania, coś z zakłopotania? A jak ja patrzę na „nowo powołanego”? Uważam się za lepszego? A może próbuję uczynić z siebie „komisarza” Bożego Miłosierdzia? Zamiast dziękować za dar nawrócenia, za ocalanie kolejnego człowieka, czy nie zastanawiam się, co robią w Kościele grzesznicy i dlaczego w ogóle pośród nas istnieje grzech?

Jezus spojrzał i powiedział do celnika. Jesteśmy świadkami spojrzenia i słowa. To odnosi nas do początku stworzenia – Bóg rzekł i zobaczył, że uczynione dzieło, było dobre. Teraz słowo i spojrzenie Chrystusa są początkiem nowego stworzenia nowego celu, sensu życia wyprowadzonego z komory celnej. Gdyby Mateusz nie oderwał swojego wzroku od siebie – bałby się pewnie pójść za Jezusem. Pójście za Chrystusem wymaga zawierzenia. Uwierzyć nadziei, jaką jest Bóg, wbrew nadziei, wbrew temu, co może dostrzegać nasze ludzkie widzenie.

Bóg sam jest Lekarzem leczącym rany swego ludu. Tak bardzo je „leczącym”, że bierze je na siebie. On sam poniósł nasze  grzechy, nasze rany, przyjął rany zadane podczas Męki na Kalwarii. Warunkiem jednak „leczenia” u tego Lekarza jest przyjście do Niego. Jego opieką nad nami jest dar Jego miłości. Doskonałością Ojca, która ma być miarą naszego człowieczeństwa, nie jest bycie bez winy, bycie idealnym, ale prawdziwie i do końca miłującym. Oczywiście, Bóg jest Idealnym i nie ma w nim skazy winy grzechowej, ale tym bardziej, jako nasz Stwórca, wie, jaka jest nasza kondycja.

Ucieszmy się naszą przynależnością do Kościoła, ucieszmy się każdym człowiekiem w nim; ucieszmy się chwilą naszego nawrócenia, ucieszmy się obecnością Jezusa, który wciąż odrywa nas od siebie samych (od tego złego skupienia wyłącznie na sobie) do spotkania z Nim; ucieszmy się Jezusem przechodzącym ścieżkami naszego życia. Uwierzmy tej Nadziei i Miłości. Prośmy o łaskę miłości wiernej i stałej. Kiedy będziemy bardziej miłować – będziemy pragnąć coraz bardziej poznawać Pana; a kiedy będziemy Go coraz bardziej poznawać – będziemy coraz mocniej miłować.

s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA