XVIII Niedziela zwykła (rok A)
Lato w pełni. Ostatnie dni, tak bardzo słoneczne, sprawiają, że pewnie niejeden z nas docenia orzeźwiające działania zimnej wody. Ale przecież taki łyk orzeźwia tylko na chwilę, a przecież jest takie wewnętrzne pragnienie, które w nas nie może ustać, bo zaspokoić go może jedynie Pan. Zabiegamy o wiele rzeczy, o wiele się martwimy, chcemy wszystko sami kontrolować pokładając ufność w swoich zdolnościach i wielości podejmowanych dzieł i inicjatyw – a jednak to wewnętrzne pragnienie pozostaje. Myślimy może, że jesteśmy samodzielni, ale to tylko złuda – to owo wydawanie pieniędzy na to, co nie jest chlebem, o czym czytamy w dzisiejszym fragmencie Księgi proroka Izajasza. Pytanie „dlaczego” jest bardzo istotne – skłania nas bowiem do zatrzymania się i spotkania ze swoimi intencjami i motywacjami. Co nami tak naprawdę kieruje? Co tak naprawdę jest dla mnie ważne? Udzielenie odpowiedzi na te i tym podobne pytania niesie w sobie również przyjęcie odpowiedzialności. Nie żyjemy sami dla siebie. A jednak św. Paweł wyznaje, że nic nie może nas oderwać od miłości Chrystusa – nie może oderwać, bo to pragnienie, jeśli go Pan sam sobą nie zaspokoi, pozostanie w nas i będzie „drążyć”, nie da nam spokoju.
Wyznanie Apostoła Narodów można także zrozumieć na dwa sposoby. „Nic nas nie może odłączyć od miłości Chrystusa” – nic nam nie może odebrać tej miłości i nic nie może sprawić, aby Chrystus przestał nas miłować. Św. Paweł wymienia zarówno to, co należy do spraw ziemskich, jak i to, co niebieskie. Relacja między Chrystusem a nami, między człowiekiem a Bogiem jest tak bardzo wyjątkowa. Czasem wydaje nam się, że przeciwności są tak wielkie, że to już koniec, ale św. Paweł daje nam nadzieję – to nie koniec, bo ta miłość nie zna końca. Nie skończyła jej nawet śmierć na Krzyżu. To jest miłość, która żyje i do życia prowadzi. Jeśli prorok Izajasz mówi o zaczerpnięciu prawdziwej wody i nasyceniu prawdziwym pokarmem, to my w tym słyszymy zaproszenie Pana do owej wyłącznej miłości – jedynej zdolnej autentycznie nasycić. Nie ma nic cenniejszego niż ta relacja. Nie ma nic cenniejszego jeżeli staje się ona rzeczywiście relacją osobową, a nie jest tylko czymś wyuczonym, formalnym, ograniczonym do spełnienia „niedzielnej tradycji”. Relacja to coś więcej niż zwyczaj. Spójrzmy na ludzi z dzisiejszej perykopy ewangelicznej. Zazwyczaj rozważając scenę rozmnożenia skupiamy się na dialogu Jezusa z Apostołami, a pomijamy spojrzenie na ów tłum. Oni nie byli z Jezusem „według zwyczaju”. Byli, bo albo sami, albo z opowieści, doświadczyli, dowiedzieli się o cudach, jakich czynił, o dobroci, jaką rozsiewał i o mądrości z jaką przemawiał. Teraz to ci ludzie skupili się wokół Chrystusa, aby słuchać Jego nauki. Jego słowa były dla nich pokarmem, koiły serca, ukazywały światło na drodze życia. Ci ludzie chcieli być przy Nim, szukali Go i szli za Nim. Czy zauważyli upływ czasu i brak jedzenia? Zauważyli to Apostołowie, którzy podeszli do Jezusa z prośbą: „Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności”. Ale spójrzmy jeszcze raz na ten tłum. On trwa, on pozwolił sobie na to trwanie, na to zatrzymanie, jakby zawieszenie. A my? A ja? Dokąd się śpieszymy? Do czego się śpieszymy? Tłum poszedł za Jezusem, a Pan się nad nimi zlitował – uzdrowił, „karmił” swoim słowem, swoją nauką, samą swoją obecnością. Przyszli pieszo – to była ich decyzja, akt ich wolnej woli, nikt ich nie przyprowadził na siłę. Szukali Jezusa i Go znaleźli. A gdy Go znaleźli, zatrzymali się przy Nim. Jest czas pięknych wakacji, lato w pełni, zieleń rozkwita, powietrze ma taki wyjątkowy zapach, a słoneczne promienie miło ogrzewają twarz. Świat przyrody jest także tą przestrzenią odkrywania Boga – Stwórcy. Spotkać się z Nim, zatrzymać się przy Nim. Dlaczego nie pozwalamy sobie na to zatrzymanie? Może nawet i chcemy, robimy ten pierwszy krok, ale tak szybko rozpraszają nas inne sprawy. A przecież słyszymy w aklamacji przed śpiewem Alleluja, że nie samym chlebem żyje człowiek – nie może nam wystarczyć tylko to, co doczesne, nie może nas zaspokoić wyłącznie to, co materialne. Aby się tak zatrzymać, potrzeba zaufania. Jezus poprosił, aby tłumy usiadły – więc usiedli. Był już wieczór, wokół pewnie zaczynało się ściemniać – ale Jezus nie zostawia tych, którzy przyszli do Niego. Tych, których Pana nakarmił było pięć tysięcy mężczyzn. Pięć było chlebów, które Pan rozmnożył i dwie ryby. To symboliczne liczby. Pięć chlebów i dwie ryby to razem siedem – pełnia. To, co nam się wydaje „małe” – w ręku Pana jest „wszystkim”. Liczba pięć może nam się skojarzyć z Pięcioksięgiem, z pięcioma mowami Mojżesza (ewangelista Mateusz również tak ułożył swoją Ewangelię, aby uwypuklić pięć mów Jezusa ukazując Go jako nowego Mojżesza). Dwa to również wspólnota Izraela i nowego ludu Przymierza, Kościoła.
Apostołowie chcieli ich odesłać uważając, że sami z siebie nie mają im nic dodania. Jezus pokazuje im, że to nieprawda, a taka postawa nie może mieć miejsca. Jego uczeń nie może odsyłać tych, za których poprzez swoją naukę wziął odpowiedzialność. Odpowiedzialność nie jest łatwa. Ale Apostołowie muszą uwierzyć w coś jeszcze – w to, co jest w nich, w łaski, jakie otrzymali od Pana i w Nim nieustannie odkrywać ich źródło. Zauważmy nawet sprzeczność w ich odpowiedzi: „nie mamy tu nic” – a zaraz potem mówią: „prócz pięciu chlebów i dwóch ryb”. Więc jednak coś mają. Od dłuższego czasu już to właśnie te słowa w szczególny sposób mnie osobiście w tej perykopie zatrzymują. Ileż razy mi się wydaje, że nic nie mam – że nie mam nic do dania innym, nie mam nic w sobie. Tak, dotykamy tu tematu poczucia swojej wartości, której nie wolno budować na słowach ludzkich, na opiniach innych, ale budować na fundamencie Boga i Jego Słowa do mnie i o mnie. Jestem Jego stworzeniem, Jego dzieckiem i On, jako miłujący Ojciec, nigdy nie pozostawi mnie i nie poskąpi swoich łask. Budowanie swojej wartości na Nim to uwolnienie się od lęku od tego, co ktoś o mnie pomyśli. Nie chcę tu wchodzić na pole psychologii, ale to ważne kwestie także w relacji z Jezusem, w relacji, której właśnie najważniejsze jest proste i pewne zaufania bycia; w relacji, w której ja nie muszę na nic zasługiwać – przeciwnie, mam się otwierać na Jego łaski, a tym, co mogę (wręcz powinienem Mu dać) jestem ja sam, ja sama, moje serce, moje jestestwo. Ta perykopa uczy nas, że nawet to, co my uważamy za niewiele, wręcz jakby za nic (pięć chlebów, dwie ryby), jeśli przyniesiemy do Pana, złożymy w Jego dłonie, może okazać się, może stać się dzięki Jego łasce, czymś wyjątkowym, zdolnym „nakarmić” tłumy. To lekcja tego, aby nie przerażać się ubóstwem i nim się nie tłumaczyć. Nasze ubóstwo (rozumiane może bardziej w sferze duchowej, w sferze słabości i niedoskonałości niżeli w kontekście materialnym, choć i ten kontekst byłby tu słuszny) nie jest i nie powinno być przeszkodą dla miłości. Troska o tłum była aktem miłości. Ubóstwo nie zwalnia nas od miłości, ono również nie może nas oderwać od miłości Chrystusa. Apostołowie musieli się przełamać, odstąpić od swojego „pomysłu”, aby zrealizować Jezusowe polecenie. Tłum nie potrzebował odchodzić, to Apostołowie potrzebowali zbliżyć się do nich. I znów doświadczyli hojności Pana. Pozostało jeszcze dwanaście koszy ułomków. Dwanaście – tyle ile pokoleń Izraela, tyle ilu Apostołów. Nowy lud Boży budowany jest w oparciu o oddanie się Bogu, zawierzenie Jemu. Tłum zatrzymał się przy Jezusie, aby otrzymać uzdrowienia – Apostołowie zatrzymali się przy Nim, by odkryć, że pięć chlebów i dwie ryby mogą stać się czymś wyjątkowym, kiedy zostaną oddane, zawierzone Panu. Patrząc na jedzący tłum, rozdzielając między zebranymi pomnożony chleb i ryby, Apostołowie byli świadkami cudu i sami mogli doświadczyć, mieć swój udział w nim. Ich pierwotnie zgłaszane obiekcje nie były przeszkodą dla Boga. Kiedy my chcemy – może nawet jakoś tak odruchowo – skapitulować, Pan pokazuje nam, że On się naprawdę zatroszczy w sobie znany sposób.
Podobnie jak zostało to ukazane we fragmencie z księgi proroka Izajasza, tak w ewangelicznej scenie, tłum otrzymał pożywienie bez pieniędzy i płacenia. Otrzymali, bo przyszli do Boga, bo przy Nim się zatrzymali. Nakłonili uszu i przyszli do Niego. Jednak istnieje niebezpieczeństwo odczytania tego cudu w sposób bardzo materialny, doczesny. A tu przecież chodzi o życie duszy – jak to zaznaczył prorok Izajasz przekazując słowa Pana. Jezus zresztą będzie to potem wypominał – że ludzie szukają Go, bo otrzymali chleba do syta i dlatego chcą Go teraz obwołać królem. A tu nie chodzi o chleb ziemski. Wiemy, że sceny rozmnożenia chleba są zapowiedzią Eucharystii, gdzie Pan rozda już siebie samego, aby nasycić nasz najgłębszy głód – ten głód, który towarzyszy człowiekowi od grzechu pierworodnego, kiedy zakłócona została harmonia w relacji między człowiekiem a Bogiem. „Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw” – słyszymy w pierwszym czytaniu. Może warto się zastanowić, co kryje się za tymi przysmakami? Z Pisma Świętego dowiadujemy się, że to jest to Prawo, jest to Słowo Boga – a w ostateczności sam Chrystus, żywe Słowo Ojca, Słowo Wcielone. Czy przebywanie z Nim – na modlitwie, podczas lektury Pisma Świętego, na Eucharystii i adoracji – jest dla mnie takim „przysmakiem”, „wyborną potrawą”, „pokarmem życia”? I nie potrzeba „pieniędzy”, aby tego wszystkiego zakosztować – bo jest to pokarm dla ubogich i tylko ubodzy tak naprawdę mogą poznać jego smak. Ubodzy czyli jacy? Ci, którzy rozumieją, że to wszystko jest łaską, jest darem Boga udzielanym przez Niego w wolności. Boga nie da się, nie można, kupić. Wiara, relacja z Nim, to nie handel, ale umiejętność przyjmowania z otwartym sercem, które zna swoją biedę i od niej nie ucieka. Stajemy przed Panem z pustymi rękoma. Czynimy dobro nie po to, aby zasłużyć, ale aby odpowiedzieć miłością na Miłość. „Pan jest blisko wszystkich, którzy Go wzywają, wszystkich wzywających Go szczerze” – modlimy się tej niedzieli wraz z Psalmistą. Wzywać Pana szczerze, bezinteresownie, wzywać dlatego, że On jest Miłością, że On jest „łagodny i miłosierny, a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył”.
Nie pozwólmy więc, aby cokolwiek odłączyło nas od miłości Chrystusowej. Jest ona tak silna, silniejsza niż „śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co jest wysoko, ani co głęboko, ani jakiekolwiek inne stworzenie”. Ona jest tak silna, ale pozostawia przestrzeń na naszą decyzję – czy przyjdę do Pana? Czy ta Miłość stanie się dla mnie pokarmem, który będę także potem rozdawał innym?
s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA
