XIX Niedziela zwykła (rok A)

«Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!» – słyszymy dziś te wyjątkowe słowa Pana Jezusa. Odwaga. Cóż to jest odwaga? To pokora i nadzieja a nie zuchwałość i brawura. I jeszcze jedna definicja, która tak mocno zapisała się w moim sercu i pamięci – odwaga to strach, który się modli. Bo odwaga nie bierze się z nas, z naszym możliwości, kompetencji czy doświadczenia, nawet z oceny sytuacji. Odwaga jest siłą, która jest łaską Pana. Dlatego Chrystus mówi: Ja jestem. Dlatego Jego uczniowie mają wykazać się odwagą, mają prawo do odwagi, bo On jest. Słowa te padają, gdy Jezus idzie przez wodę do swoich uczniów, którzy zmagają się z przeprawą na drugi brzeg. Jezus przychodzi do nich tuż przed świtem. Całą noc spędził na osobności, na modlitwie czyli spotkaniu z Ojcem. Ale to nie oznacza, że opuścił swoich Apostołów. Był z nimi, choć oni Go fizycznie nie widzieli. Ale tuż przed świtem właśnie do nich idzie. Idzie panując nad żywiołem wody, nad ciemnością i wszelkim niepokojem. Możemy zapytać się, dlaczego kazał im czekać aż do tej pory. Zmartwychwstanie też dokonuje się o świcie, gdy kończy się noc, a zaczyna się dzień. To taka „graniczna” chwila, takiego zawieszenia, a jednocześnie przejścia. Przeprawa przez jezioro na drugi brzeg może przypomnieć przejście Izraelitów z Egiptu przez Morze. Takie jest nasze życie – to ciągła przeprawa. Możemy uciekać przed trudem, możemy uciekać ze strachu kierowani swoimi wyobrażeniami, możemy siłować się sami, możemy nawet obrazić się na Pana za to, że nie odczuwamy natychmiast Jego obecność. Ale co nam to da? Czy jeżeli będziemy uciekać, trudności znikną? Może dadzą nam na przeczekanie, może na moment umilkną, ale same się nie rozwiążą.

Uczniowie wykonują polecenie Pana – po rozmnożeniu chleba, gdy nasycony tłum już odchodzi, Jezus polecił uczniom, by przeprawili się na drugi brzeg, a On pozostał sam, aby się modlić. Apostołowie wsiadają do łodzi i płyną. Tymczasem wiatr zaczyna być przeciwny, fale miotają więc łodzią – uczniowie tracą poczucie pewności. Tak jak stracił poczucie bezpieczeństwa Eliasz, który uląkł się królowej, która zagroziła mu śmiercią. Prorok też ma poczucie samotności – jest sam jeden z proroków, wydaje mu się, że już nie ma dla niego wyjścia. Niektórzy interpretują tę scenę jako przykład depresji, załamania. Eliasz chciał się ukryć, chciał „zniknąć”, a tymczasem Bóg mówi do niego: wyjdź, stań naprzeciw mnie. Czasem ten krok jest bardzo trudny dla nas do uczynienia. Przełamać się i przyjąć to Boże zaproszenie. To przyjęcie nie oznacza, że będzie łatwo. Eliasz nie od razu poznał Bożą obecność – najpierw był ogień, burza, wichura – w nich nie było Pana.

Nieobecność Pana jest pozorna. Tylko czasem, kiedy piętrzą się trudności, łatwo nam owa obecność umyka i możemy ją przeoczyć, pomylić. Dlatego uczniowie biorą Jezusa za zjawę. Przecież dobrze wiedzą, jak On wygląda. A jednak nie spodziewali się, że może On przejść przez wodę. Czy tak nieraz z nami? Wierzymy, modlimy się, „praktykujemy”, a jednak kiedy Pan chce wejść w naszą rzeczywistość – powątpiewamy i nie rozpoznajemy Go. A zdaje się, że właśnie o tym rozpoznaniu jest dzisiejsze Słowo Boże. Eliasz musi wyjść ze swojej kryjówki – to znaczy musi wyjść ze  swojego sposobu patrzenia, wyjść z „krainy swojego lęku” – aby rozpoznać Boga, prawdziwego Boga. Eliasz musi nie tylko wyjść ze swojej kryjówki, ale także stanąć – jak to się mówi – oko w oko z burzą, wichurą i ogniem. Musi stanąć oko w oko ze swoim lękiem, niepokojem, ze swoją wewnętrzną burzą. Spójrzmy na Piotra – póki patrzy na Pana, a nie na fale, które miotały łodzią. Odwaga to właśnie zmierzenie się z tym wszystkim.

A kiedy już o Piotrze mowa, zatrzymajmy się przy jego zachowaniu. Ktoś mógłby je ocenić jako brawurę, gwiazdorstwo, chęć udowodnienia czegoś sobie i innym. Ale mnie zatrzymało jego zwątpienie. Pobieżnie czytając tę perykopę możemy odnieść wrażenie, że Piotr zwątpił dopiero, gdy właśnie oderwał wzrok od Pana, który wezwał go do siebie, a skupił swoją uwagę na burzy, wietrze i falach. Przecież one nie były nowością – fale miotały łodzią jeszcze, gdy Piotr w niej był, za nim z niej wyszedł. Gdy był w łodzi, fale bezpośrednio nie dotykały go, Piotr mógł zachować pewien dystans. Wiedział o nich, odczuwał kołysanie łodzi, ale między nim a falami był pewien dystans. Teraz wyszedł z łodzi. Ale mam wrażenie, że to zwątpienie u Piotra pojawiło się już wcześniej. Czy gdyby wierzył, że to Jezus idzie do nich, że to Pan jest przed nimi, to czy powiedziałby: jeśli to Ty, to każ mi przyjść do siebie? Czy to pytanie nie jest jak wystawienie Pana na próbę? Jeśli to Ty, to… . Przecież Chrystus powiedział Apostołom, żeby się nie bali, bo to On jest. A jednak Piotr… . Dlaczego Jezus na to przystaje? Bo to kolejna lekcja dla Apostoła. Piotr musiał się przekonać, że nie chodzi o jego siłę, nie o jego pewność, ale o zaufanie Panu, o poleganie na Nim i Jego Słowie. „Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?»” Taka była reakcja Chrystusa, gdy Piotr zawołał: Panie, ratuj mnie. Nie uciekajmy od tego Jezusowego pytania: dlaczego zwątpiliśmy? Dlaczego w naszym sercu jest ziarno zwątpienia? Jezus natychmiast wyciągnął rękę, by uratować Piotra, ale nie pominął zadania tego ważnego pytania. Jezus przytrzymał Piotra, podczas gdy to Piotr powinien trzymać się Jezusa. Uczniowie płynęli w imię posłuszeństwa – to zawsze pomaga pokonać fale, burze, jeśli tylko wierzymy w łaskę ukrytą w owym posłuszeństwie, w owym zasłuchaniu w Słowo.

Św. Paweł cierpi ból z powodu niewiary Izraela w Jezusa – Syna Bożego. Cierpi, bo rozumie konsekwencje tego oddzielenia, odłączenia od Zbawiciela. Różne burze i fale próbują, miotając nieustannie łodzią naszego życia, jednak od nas zależy, co z nimi uczynimy i na ile pozwolimy, aby miały one wpływ na naszą postawę wiary bądź niewiary. Uczniowie zwątpili w przyjście Jezusa po wodzie tuż po tym, jak dokonał cudownego rozmnożenia chleba. Jak łatwo więc przejść od zachwytu nad dziełem Pana do zwątpienia, że może On pokonać wicher i burzę. To jest dynamika naszego życia. Jesteśmy świadkami wielu Bożych cudów, słyszmy tyle Bożych Słów (w tym to Najważniejsze, które stało się Ciałem), a jednak to nie gwarantuje mocy naszej wiary. Bo owa moc zależy od relacji z Panem. Wzruszające są słowa Piotra: „Panie, ratuj mnie!” Ten pewny siebie Apostoł, ten, który przejął się rolą swojego „pierwszeństwa”, teraz pokornie woła o pomoc, już nie próbuje udawać swojej pewności. Ale to właśnie wołanie sprawia, że stają się sobie – Pan i Piotr – coraz bardziej bliżsi. Właśnie to wołanie jest o wiele większym i bardziej wartościowym wyznaniem wiary niż próba udowodnienia, że na słowo Jezusa Piotr też potrafi przejść przez wodę. To przejście od pewności siły do zwątpienia możemy dostrzec także w postawie Eliasza – miał odwagę stanąć naprzeciw setek proroków bożków pogańskich, a potem uląkł się groźby jednej królowej. Czasem już tak bywa, może łatwiej nam wierzyć, gdy dzieją się „wielkie rzeczy” i mamy w tym poczucie mocy, ale gdy wieje przeciwny wiatr, gdy już nie ma „publiczności” cudów, zostajemy sami z prawdą o nas. Tylko, że właśnie wówczas, gdy jesteśmy „sami”, gdy wieją przeciwne wiatry, wiara ma przestrzeń do autentycznego rozwoju. Możemy przyzwyczaić się do obecności Pana w Jego cudownych dziełach, a przecież On zawsze jest obecny choć na różny sposób. Ani wieczór, ani burza, ani otchłań morza, ani przeciwne fale, nie wstrzymają Jego obecności i pragnienia zbliżenia się do nas. On pozostaje Życiem i Światłem – zawsze.

W Ewangelii wg. św. Mateusza znajdziemy trzy sceny na jezierze podczas burzy – pierwsza, gdy Jezus jest w łodzi, ale śpi; druga – ta, którą słyszymy właśnie tej niedzieli; trzecia – gdy uczniowie niepokoją się o brak chleba, a Jezus uzmysławia im różnicę między prawdziwym chlebem a kwasem faryzeuszy, którego o wiele bardziej powinni się obawiać niż owego braku. Poruszające są te scena na jeziorze, w łodzi. Bardzo lubię metaforę naszego życia jako właśnie łodzi – płyniemy po morzu codzienności i nie zawsze ta przeprawa będzie spokojna, nieraz nie przewidzimy zmiany pogody, a jednak łódź płynie dalej i jest przed nią cel – ten drugi brzeg. Przeciwności nie oznaczają końca rejsu. Strach też nie jest czymś złym, nie należy się go wstydzić. Piotr być może wstydził się i dlatego próbował udowodnić swoją siłę i śmiałość. Do strachu trzeba by się raczej przyznać, niż coś próbować udowodnić i ukryć go. Stanąć w prawdzie. Chwila zwątpienia również też nie jest czymś złym ani nie jest porażką. To wszystko to prawda o nas. A przecież tylko prawda nas wyzwala. Byle nie skupić się na swoim strachu i niedowierzaniu, byle nie oderwać wzroku od Jezusa. Z drugiej strony – wyjście z łodzi jest wyzwaniem. Mimo przeciwnych wiatrów, łódź może stanowić jakieś zabezpieczenie, sprawiać poczucie bezpieczeństwa. Piotr jednak wychodzi – i może wówczas najbardziej poznaje prawdę o sobie. Może w łodzi aż tak by się nie zmierzył ze swoim strachem? Może z łodzi nie zawołałby do Jezusa: ratuj?

Śladami kroków Pana jest nasze zbawienie. W nim spotyka się łaska i sprawiedliwość. On tylko czeka na to nasze zawołanie, aby przyjść do nas. Nie chodzi tylko o religijne, pobożne, wypełnianie poleceń Pana. Nie chodzi o traktowanie słowa Chrystusa jako „polecenia”. Chodzi o relację. Na początku Apostołowie płynęli łodzią wykonując polecenie, ale potem ten rejs zamienia się w osobiste spotkanie, do którego dochodzi przez odpowiedź na pytanie: czy rozpoznam Pana? Czy Go rozpoznaję?

Scena kończy się wyznaniem Apostołów: To jest Syn Boży. Scena kończy się adoracją Pana. Czym skończy się moje dzisiejsze spotkanie z Panem w prawdzie o Jego łasce i o mnie samej?

s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA