V Niedziela Wielkanocy (rok A)

„…spraw, abyśmy poznawszy Twoją prawdę, dostosowali do niej nasze życia”. Taką prośbę Kościół kieruje do Pana w piątą niedzielę Wielkanocy. Słowa te usłyszymy w modlitwie nad darami. Wiem, że często te modlitwy gdzieś nam umykają, a jednak niosą one w sobie ważne treści. Bo czy nie jest czasem tak, że to my chcielibyśmy dostosować do nas Bożą prawdę? Czym jednak jest owa prawda? Dziś w Ewangelii Jezus powie: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem”. Bóg, który jest Miłością i Światłością (por. Pierwszy List św. Jana Apostoła), jest i Prawdą. To Prawda oświeca, rozjaśnia naszą drogę życia. To Prawda pomaga wzrastać w miłości. To Miłość zawiera w sobie Prawdę. Dziś tak liturgia Słowa bardzo wyraźnie przypomni nam naszą godność, jako dzieci Bożych, ale również jako całego ludu Bożego, ludu Nowego Przymierza. Godność ta oczywiście wynika z dzieła Jezusa Chrystusa, nie jest w żadnym wypadku naszą zasługą. Jest darem – tym bardziej więc wypada postawić sobie pytanie, co ja z nią czynię? Czy jest ona dla mnie ziemią wzrostu czy raczej staje się kamieniem upadku?

Dostosowanie swojego życia do Bożej prawdy to po pierwsze nasłuchiwanie Słowa, które jest „lampą dla naszych nóg”. Po drugie – to otwartość serca, aby to Słowo przyjąć jako ziarno zdolne wydać nawet stokrotny plon. Po trzecie – to skierowanie swojego spojrzenia na Jezusa, czyli odwrócenie się od swoich oczekiwań, od swoich wyobrażeń. I jeszcze jedna postawa, która winna być w tym wszystkim wyraźnie obecna – to zaufanie. Bóg jest miłującym nas Ojcem i pragnie wyłącznie naszego dobra. I nie jest to tani frazes, ułagodzona teologia, ale właśnie prawda, którą odnajdujemy na kartach Pisma Świętego. Ta droga będzie miała sens i naznaczona będzie błogosławieństwem wówczas, gdy nieustannie będzie nam towarzyszyć to głębokie, osobiste, przekonanie, że Bóg jest najlepszym Ojcem. A Jego Ojcowskie Oblicze rozpoznajemy dzięki Jezusowi. To On, Jego Syn Jedyny, w misterium Wcielenia przybliżył nam Ojca – Ojca, który pochyla się nad każdym z nas, aby na nowo nas przygarnąć do siebie; aby przyjąć po zagubieniu, dać szatę nowego człowieka; który tak nas umiłował, że wydał za nas swojego Jedynego Syna, abyśmy mieli życie.

Zacznijmy od pierwszego punktu. Słuchanie Słowa. Aby dostosować swoje życie do Boga, trzeba bardziej słuchać Jego, aniżeli ludzkich oczekiwań. To znaczy, nie chcę być źle zrozumiana. Nie chodzi o odrzucenie mądrych rad, duchowego towarzyszenia, ludzkich praw i przykazań, zasad. Nie. Chodzi raczej o odrzucenie narracji świata i jego nieraz wobec nas oczekiwań, które niekoniecznie muszą być spójne z Bożą nauką. Bywa, że ludzie oczekują od nas czegoś nieuczciwego, złej postawy albo odrzucenia, ukrycia, zaparcia się wiary. Ludzie narzucają nam swoje oczekiwania, jacy to my powinniśmy być, co winniśmy mówić, jak się poruszać – ale czy w tym wszystkim pytamy się, jakiego mnie pragnie mieć Bóg? A On nigdy nie odbiera wolności. On tę wolność daje. To nasłuchiwanie Słowa nie jest także naszą osobistą kwestią interpretacji. Pismo Święte dane zostało nam w Kościele Świętym, nie po za nim. Dlatego też tak ważna jest wspólnotowość. Przykład tego odnajdujemy w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Wspólnota uczniów Jezusa gromadzi się razem, aby wyjaśnić powstały spór – spór, który ma swoje korzenie właśnie w oczekiwaniach danych grup. Z jednej strony widzimy uczniów wywodzących się z hellenistów (czyli pogan), a z drugiej – Hebrajczyków. Każda z grup ma swoje oczekiwania, pragnienia. Dwunastu zwołało wszystkich razem, aby znaleźć rozwiązanie, które przede wszystkim będzie respektowało Boże oczekiwania. Tak zrodziła się instytucja – diakonat. „Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbali słowo Boże, a obsługiwali stoły”. Działalność charytatywna, opieka nad potrzebującymi, nie może pochłonąć uczniów Chrystusa tak bardzo, że zaniedbane zostanie głoszenie Słowa. To świadczenie o Chrystusie, pielęgnowanie i głoszenie Jego słowa winno być priorytetem. Nie o wielość akcji i głośnych czynów chodzi w chrześcijaństwie. Nie o prywatne korzyści, o osobiste zadowolenie chodzi. Fragment kończy się ogólnym stwierdzeniem, że słowo Boże rozszerzało się, wzrastała liczba uczniów, wiarę przyjmowali nawet kapłani. To owoc posługi uczniów zgodnej z Bożymi planami. Dwunastu nie ustąpiło, nie dało się tak łatwo przekonać, nie odstąpiło od nauki Chrystusa. W życiu tak ważne są priorytety. Żadna posługa nie wyda owoców, jeśli nie będzie zakorzeniona w Bogu i jeśli to On nie będzie na pierwszym miejscu.

„Słowo Pana jest prawe, a każde Jego dzieło godne zaufania” – tak modlimy się w dzisiejszym Psalmie. Tylko taka postawa zaufania może sprawić, że przestaniemy upierać się przy swoich tak zwanych racjach. Dla jednej grupy uczniów ważniejsza była opieka „nad wdowami”, rozdzielanie pomocy materialnej. Łatwo w takich sytuacjach wykorzystać argument pochodzenia, porównywania się z innymi, patrzenia na to kto ile ma, a ile ja (teoretycznie) nie mam. Ale przecież wszyscy mamy godność Bożego stworzenia, a my, ochrzczeni dodatkowo mamy godność dzieci Bożych. O tej naszej wyjątkowej tożsamości mówi i św. Piotr. Słyszymy dziś kolejny fragment z jego Pierwszego Listu, bardzo szczególnego Listu. Apostoł wylicza: jesteśmy „wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem, ludem Bogu na własność przeznaczonym”. O każdym z tych określeń można by tak wiele napisać! Ale spójrzmy na nie w świetle chrztu świętego. Sakrament ten, będący bramą do innych sakramentów, jest tą właśnie chwilą, kiedy zostajemy włączeni do wspólnoty Kościoła Świętego. Ale jest to również sakrament, który nas niejako „wyłączą” ze świata. Przyobleczeni w Chrystusa, przyobleczeni w człowieka nowego, który ma dążyć do Pełni Chrystusa, „nie jesteśmy już ze świata”, lecz stajemy się „Bogu na własność” przeznaczonymi. To właśnie pogłębieniem tego sakramentu jest zakonna konsekracja, która wynika ze chrztu świętego. Ale nie tylko osoby konsekrowane są Bożą własnością. Jest nią każdy ochrzczony, którego obowiązkiem jest, wraz z dorastaniem, dojrzewaniem, rozwijanie w sobie tej łaski poprzez coraz bardziej świadome i ufne odpowiadaniu Bogu „tak”. Ta przynależność do Boga jest istotą naszej tożsamości. Człowiek, który nie zna swojej tożsamości, jest jej pozbawiony, nie może żyć w wolności ani się rozwijać, nie może dążyć do pełni. Św. Piotr ukazuje również powszechne kapłaństwo. Każdy z nas jest zaproszony do tego, aby swoimi modlitwami wspierać innych; aby poprzez ofiarowanie siebie, składać Bogu miły dar serca; każdy jest wezwany, aby poprzez uczestnictwo w Eucharystii jednoczyć się z jedyną doskonałą Ofiarą Chrystusa. Realizujemy to poprzez wierność swoim obowiązkom stanu, poprzez wierność Bożym przykazaniom, Bożemu Słowu – na codziennych ścieżkach powołania, jakie każdy z nas indywidualnie odkrywa i wypełnia.

W dzisiejszym fragmencie Pierwszego Listu św. Piotra pojawia się również bardzo ważny temat kamienia węgielnego, jakim stał się Chrystus dla zbawionych. Przyznam się, że dopiero niedawno bardziej zrozumiałam te wersety. Pewnie mamy problem z uchwyceniem tego przesłania, bo nam kamień węgielny kojarzy się z tym kamieniem kładzionym jako pierwszy pod budowlę. I w odniesieniu do Chrystusa nie byłoby to złe skojarzenie i też można by z niego wyprowadzić długie rozważanie, ale zauważmy, że tak naprawdę kamień węgielny to ten, który wieńczy budowlę, spaja jej dwie części zapewniając trwałość, jedność. Gdyby go zabrakło, budowla mogłaby się zachwiać, straciłaby swoją spójność. Symbolicznie ujmowane jest to w ten sposób, że jednym filarem, jedną częścią budowli są Żydzi, a drugą – poganie – Jezus jednoczy wszystkich w swoim Kościele. Można też to ująć w kategoriach Starego i Nowego Testamentu. Jezus jednoczy. Z Dziejów Apostolskich – i także Listów św. Pawła – pamiętamy różne pierwotne wątpliwości pierwszego Kościoła, co do przyjmowania pogan. Mając jednak przed oczyma symbolikę kamienia węgielnego, który spaja, widzimy powszechność Kościoła Chrystusowego. Jezus pragnie zbawienia każdego człowieka, ale to każdy człowiek musi odpowiedzieć na to Boże zaproszenie. Jezus nigdy nie dzieli, choć wymaga od człowieka jawnego i jasnego opowiedzenia się.

Przyznam się, że bardzo lubię tę alegorię żywej budowli, jaką jest Kościół. Każdy z nas jest żywym kamieniem. Kościół to nie budynek, to nie instytucja – ale to wspólnota uczniów Chrystusa, wspólnota dzieci Bożych odkupionych drogocenną Krwią Syna Bożego. Wszystkie te kamienie spaja i podtrzymuje właśnie Chrystus. Bez Niego, Kościół byłby nieporadnym kopcem kamieni. To również jest bardzo rozległy i wielowątkowy temat, ale myślę, że warty podkreślenia w kontekście tożsamości. Każdy z nas – ze swoja wiernością, pragnieniem świętości, miłością Pana, ale także ze słabościami, ułomnościami, potknięciami – jest cennym kamieniem w tej budowli. Może czasem ten kamień potrzebuje solidnego oszlifowania, ale Pan nikogo nie odrzuca, dla każdego jest miejsce. A brak lub odpadnięcie jakiegokolwiek „kamienia” jest wielką stratą. Obraz kamieni może nie jest plastyczny, ale gdybyśmy zamienili to na mozaikę albo gobelin – każdy, najmniejszy nawet element, pozornie na pierwszy rzut oka niezauważalny, jest niesamowicie istotny i ma sobie właściwe miejsce, które nie może być przez nikogo innego zajęte, a jeśli go zabraknie, wzór nie będzie pełny.

Św. Piotr mówi o Chrystusa, że dla jednych będzie właśnie tym kamieniem węgielnym, ale dla tych, którzy Go odrzucają stanie się kamieniem zgorszenia, skałą upadku, potknięcia. Człowiek sam dokonuje wyboru. Tego jednak można dokonać jedynie poznając Jezusa. I znów wracamy do tematu poznawania, nawiązywania relacji i otwartości serca. Dzisiejsza ewangeliczna perykopa rozpoczyna się niesamowitym (dla mnie) zdaniem: „niech się nie trwoży serce wasze”. W relacji z Jezusem nie ma racji bytu żaden lęk. On jest Pokojem. On idzie przed nami, osłania nas samym sobą. Możemy nieraz nie rozumieć tej drogi, tak jak nie rozumieli tego Apostołowie, ale ten nasz brak rozumienia nie przekreśla jej mądrości i słuszności; nie powinien nam odbierać pokoju serca, które ufa swojemu Panu, Mistrzowi, Zbawicielowi.

Filip prosi Pana, aby pokazał im Ojca. Tomasz mówi, że nie wiedzą dokąd idzie Jezus. Wszystko to mówią osoby, które wiele czasu spędzały z Jezusem. Słusznie więc Pan odpowiada: „Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznaliście?” We wstępie wspomniałam o postawie odwrócenia się od swoich oczekiwań, aby prawdziwie poznać Pana, autentycznie się z Nim spotkać w przestrzeni zaufania i otwartości. Jezus, może szczególnie w Ewangelii według św. Jana, ukazuje nam swoją jedność z Ojcem – tę najbardziej wyjątkową relację, w którą „zabiera” i nas, poprzez misterium Wcielenia i potem zmartwychwstanie i wniebowstąpienie. „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” – mówi Jezus. Kto Go widzi, widzi Ojca. Filip był na co dzień tak blisko Boga, ale prosi: pokaż nam… . Czy nie odnajdujemy się w takiej postawie? Niby wierzymy, a jednak prosimy: pokaż nam – tak, jakbyśmy nie widzieli, nie spotkali wcześniej. Jaka jest moja wiara? Jakie są moje pragnienia? Jakie jest moje serce – otwarte, uważne, czy skupione na swoich wyobrażeniach? Dlaczego ludziom trudno było przyjąć, że Jezus jest Synem Boga, że jest jedno z Nim, że widząc Jego, widzimy Ojca? Bo mieli swoje wyobrażenie Boga, mieli swoje racje i poglądy.

Ale posłuchajmy tego zdania w jeszcze inny sposób. Jezus mówi: „Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca?” I dalej zapyta się o wiarę: „Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie?” To bardzo ważne pytania, które niejako zatrzymują nas, zmuszają do przyhamowania w tym codziennym pędzie pełnym nieraz rutyny, także w sferze wiary. Co „myślę”, co „czuję” patrząc na Jezusa? Kogo widzę patrząc na Niego? Zatrzymajmy się, aby spotkać się z tym, co w nas się wówczas dzieje – tylko tak, przy Nim i pod Jego spojrzeniem, odkryjemy odpowiedź. Dlaczego chcę Go zobaczyć? Kim dla mnie jest Ojciec? Nie przebiegamy nad tymi pytaniami dalej. Niech ta chwila zatrzymania trwa – i niech coraz bardziej rozświetla ją, rozjaśnia wyznanie Jezusa: „Ja jestem Drogą i Prawdą, i Życiem”. To On jest Drogą – nie ja. To On jest Prawdą – nie moje racje, które mogą być mylne. To On jest Życiem – tylko w Nim mogę żyć naprawdę. Jaki więc będzie mój wybór?

W dosłownym greckim tłumaczeniu pierwsze zdanie dzisiejszej perykopy można przetłumaczyć: nie pozwólcie, aby wstrząśnięte było wasze serce. „Nie pozwólcie” – to, co gości (czy wręcz nawet zadomawia się) w naszym sercu, to nasza decyzja. Nikt nie ma klucza do naszego serca. Nawet Bóg zatrzymuje się i czeka na nasze „tak”, bo nie może (nie chce) złamać naszej wolności. kogo (co) wpuszczam do serca? Lęk czy Jezusowy pokój – pokój płynący ze świadomości, że gdy idę za Jezusem po śladach Jego, w świetle Prawdy, jestem bezpieczny, jestem na dobrej drodze do Ojca? W Księdze Barucha (4,3) znajduje się taka przestroga: „Nie dawaj obcemu swej chwały ani twych przywilejów narodowi obcemu!” Nie oddawajmy naszego serca – tej komnaty, wewnętrznego przybytku, świątyni Ducha Świętego – „obcemu” jakim jest lęk, zwątpienie, zniechęcenie. Niech ono zawsze należy do naszego Boskiego Oblubieńca. Nie oddawajmy naszego przywileju trwania w jedności z Panem podstępnym grzechom; temu, co przeciwne Prawdzie i Życiu; temu, co nie jest Drogą do Ojca.

s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA