IV Niedziela Wielkanocy (rok A)
„Co mamy czynić?” – to pytanie z dzisiejszego fragmentu Dziejów Apostolskich jest nam jakże bliskie. Często bowiem zastanawiamy się, co mamy czynić, czyli jak mamy postępować. I nie chodzi zdobycie „prawnej” wiedzy, jak dobrze się zachowywać. Bardziej niż „litery” i moralizowania, potrzebujemy przykładu, potrzebujemy drogowskazu. Św. Piotr – jest to kontynuacja jego pierwszej po Zesłaniu Ducha Świętego katechezy – mówi o „niewzruszonej pewności”, że Chrystus, przez ludzi zabity, haniebnie zawieszony na drzewie krzyża, zmartwychwstał i jest „Panem i Mesjaszem”. Więc jest najpewniejszym Drogowskazem – jak sam Jezus powie o sobie: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem”. Oto jest – jak słyszymy w dzisiejszej kolekcie – „zwycięski Pasterze”, za którym powinniśmy iść, jeśli chcemy być uczestnikami chwały Jego zmartwychwstania.
Dzisiejszą liturgię charakteryzuje motyw Dobrego Pasterza. Zresztą, czwarta niedziela Wielkanocy to właśnie Niedziela Dobrego Pasterza, z którą związana jest szczególna modlitwa o nowe powołania do służby w Kościele oraz za powołanych. Słysząc takie „hasła” myślimy o kapłaństwie, życiu zakonnym i misyjnym, ale przecież każdy z nas jest „powołany”, to znaczy zaproszony przez Pana do życia w jedności z Nim, do podążania Jego śladami. Św. Piotr w swoim Pierwszym Liście, w dzisiejszym fragmencie, również to podkreśli. Dobrze czynić i przetrzymać cierpienie – do tego jesteśmy powołani. Chrystus cierpiał za nas, nie przestał w cierpieniu czynić dobra – i zostawił nam właśnie wzór takiego postępowania. Jezus jest Dobrym Pasterzem dla każdego z nas, nie tylko dla kapłanów czy osób życia konsekrowanego. Jezus zostawił nam wzór, który nie jest suchym algorytmem, teorią zapisaną w księdze, ale jest żywą Osobą, Nim samym. Taki Wzór poznaje się jedynie w relacji, trwając w relacji. Każdą osobę poznajemy poprzez bycie z nią – nie tylko samo słuchanie, nie tylko sam dialog, ale poznajemy ją właśnie przez bycie „z” i „przy” – każdą osobą, a cóż dopiero Chrystusa! On pozostawił nam „wzór, abyście szli za Nim Jego śladami”. To bardzo ciekawe sformułowanie, które stało się – jakże brzemienną w dobre skutki – inspiracją dla św. Franciszka z Asyżu. „Iść Jego śladami”, iść za Jezusem „Jego śladami”, stało się centrum, sercem duchowości Serafickiego Ojca. Wszystko skoncentrował wokół tego wezwania, które miało swoje implikacje zarówno w wymiarze funkcjonowania, budowania wspólnoty i wewnętrznych relacji, w budowaniu osobistej więzi z Bogiem, ale także w wymiarze społecznym, w rozumieniu ubóstwa i pokory. Było to swoistego rodzaju nowością dla współczesnych św. Franciszka, „rewolucją”, tym, co odróżniało jego i braci od ówczesnego życia mniszego. Wyróżniało ich i winno wyróżniać w świecie także nas. Iść za Jezusem oznacza iść pod prąd różnym dzisiejszym poglądom. To wierność Ewangelii na niełatwej drodze zmagania się choćby z pokusą relatywizmu, konformizmu czy pychy. Dla św. Franciszka ta droga miała wymiar codzienny. Nie była czymś wyznawanym jedynie „w niedziele”, ale właśnie realizował ją w codzienności – w relacjach, w podejmowanych wyborach. Było ono więc czymś bardzo praktycznym, ale stanowiło również świadomy i dobrowolny wybór. Iść śladami Jezusa, oznaczało dla Świętego „żyć według Ewangelii”. To ona jest takim „oknem”, przez które przyglądamy się Chrystusowi; „lustrem” w którym Jego widzimy. Zakończył się Tydzień Biblijny – poprzedzał on Niedzielę Dobrego Pasterza, co też może być ciekawą podpowiedzią dla nas. Poprzez lekturę Pisma Świętego (lekturę nie naukową, ale „osobistą”) poznajemy Pana, a dopiero poznawszy Go, wsłuchawszy się w Jego głos, możemy za Nim iść. Nie da się bowiem iść za Kimś, kogo nie znamy. O tym wsłuchiwaniu się w głos Chrystusa mówi On sam w dzisiejszej ewangelicznej perykopie. Owce postępują za Pasterzem ponieważ znają Jego głos, a za obcym nie pójdą. Przypomina mi się fragment Ewangelii wg św. Łukasza o uczniach uciekających do Emaus – i to stwierdzenie o pałającym sercu, gdy słuchali Pana. Wokół nas jest wiele głosów; słyszymy wiele nauk, teorii, „mądrości” – i może nawet nieraz za nimi idziemy, świadomie lub mniej świadomie, nieraz na zasadzie naśladowania innych, aby „nie wyróżniać się”, „bo wszyscy tak robią”, „bo teraz jest taka moda”, „bo to jest na czasie”. Ale czy gdy słuchamy tych „głosów” – pała w nas serce? Pewnie na chwilę, gdzieś pod wpływem jakiś emocji, może nawet jakoś tak, ale czy to jest takie naprawdę głębokie? To odczucie, o jakim napisał św. Łukasza, było bardzo głębokie, a tym, co je cechowało był pokój, jaki w sobie zawierało. Pokój oraz tęsknotę za spotkaniem z Panem. Nie wprowadzało w zakłopotanie, nie rozbudzało negatywnych emocji względem innych, nie zamykało na innych, nie paraliżowało i nie kierowało ku atakowaniu także samego siebie. Takiego wewnętrznego poruszanie możemy doświadczyć jedynie otwierając się na Łaskę; słuchając słowa Dobrego Pasterza. Tak również odróżniamy Jego głos od fałszywego nawoływania „obcego”, którego jedynym celem jest pochwycenie nas, aby coś zyskać. Dobry Pasterz nie zniewala, nie zabiera wolności. Sam mówi: owce wejdą przez Niego i wyjdą – są wolne, ale przez więź z Nim, nie pogubią się, lecz zawsze znajdą dobre (właściwe, płodne) pastwiska.
W owczarni Pańskiej jest wiele zamętu. Jedni naśladują Pana i chcą być dobrymi opiekunami Jego owiec. Inni – zachowują się bardziej jak „złodzieje i rozbójnicy”, którzy podążając bardziej za swoją pazernością, pragną realizować swoje plany, by coś zyskać; chcą burzyć, mieszać, okradać, wykradać; są jak „najemnicy”, którzy mają wykonać jedynie określoną pracę, „od-do” i nic więcej ich już nie interesuje – tacy nie staną w obronie owiec. A przecież ów wzór pozostawiony przez Chrystusa to także droga ofiarowania siebie za innych. Dobry Pasterz oddał swoje życie za owce, dlatego możemy nazywać Go „zwycięskim Pasterzem”.
Jezus nazywa siebie także „bramą”. To przywołuje nam na pamięć inne Jego słowa: nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przez Niego. Wejść przez Chrystusa. Modlimy się: „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie”. To nasza Droga. To nasza Brama. Jezus nie jest „murem”, który by nas ogradzał, zatrzymywał, jakoś ograniczał. Nie – On jest otwartą bramą dla każdego kto powie Mu „tak”, kto powie: „chcę wejść do życia”, do tego prawdziwego życia. Nieważne, jak bardzo przyjdzie poraniony, słaby. Ważne jest ta dyspozycja serca – ufność. Owszem, na kartach Ewangelii znajdziemy również naukę o wąskiej bramie. To obrazuje ewangeliczne wymagania, przykazania oraz konieczność formacji. Ale to nie powinno nas odstraszać ani nie powinno zniechęcać. „Wąskość” bramy jest dla naszego dobra. Jest ona zarazem szeroka – jak otwarte Serce Jezusa – i wąska, abyśmy pamiętali, że potrzeba przejść od starego do nowego człowieka.
„Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec” – powiedział Jezus. Osoba odpowiadająca na szczególne powołanie, najpierw sama musi „wejść przez bramę”; sama najpierw musi być mocno zanurzona w Chrystusie. Nie można kogoś prowadzić, jeśli najpierw (i wciąż) nie jest się prowadzonym przez Chrystusa. Zresztą, nawet jeśli komuś towarzyszymy w jakiś sposób na drodze wiary i życia, to i tak winniśmy zawsze pamiętać, że pierwszym Prowadzącym jest Bóg. Jezus wszedł przez bramę – to znaczy: przez misterium Wcielenia dla nas stał się Człowiekiem, przeszedł przez cierpienie ofiarowując samego siebie; przeszedł przez bramę śmierci, aby wejść do życia jako „zwycięski Pasterz”. Wejście przez bramę – w takim obrazie – zakłada również zaangażowanie, bycie we wspólnocie. Nie da się być pasterzem będąc jednocześnie „obok”, a nie „w”. Trochę o tym doświadczeniu rozważaliśmy w kontekście historii św. Tomasza Apostoła oraz w jakimś sensie przyglądając się uczniom, którzy uciekają z Jerozolimy, tylko dlatego, że ich oczekiwania okazały się niespełnione – w ich odczuciu. Potrzeba wejść, potrzeba zanurzyć się. Papież Franciszek mówił, że pasterz ma „pachnieć” swoimi owcami. To dość plastyczny i alegoryczny obraz całkowitego zaangażowania – całkowitego, bo takie było zaangażowanie Jezusa w nasze zbawienie. Taka jednak postawa nie ogranicza się wyłącznie do kapłanów. Jakie jest moje zaangażowanie w sprawy Kościoła, w sprawy lokalnej wspólnoty parafialnej, duszpasterskiej? Jakie jest moje zaangażowanie w realizowaniu osobistego powołania – w życie rodziny, we wspólnotę kapłańską, zakonną? Jakie jest moje zaangażowanie w pomoc bliźniemu? Ale także – co może tak często pomijamy – jakie jest moje zaangażowanie we mnie samego? Co to znaczy? Czy jestem świadomy siebie samego, czy znam siebie, czy potrafię być dla siebie dobry, czy dbam o sobie – to znaczy również, czy jestem zaangażowany w to, co się we mnie dzieje, w moją drogę wiary (także jeśli zakłada przyznanie się do przeżywanego kryzysu – co wówczas robię?). Te pytania mogą brzmieć dziwnie, ale one są ważne. Budowanie relacji z Panem zakłada postawę pokory, ufności, otwartości, ale także prawdy. A prawda to także uczciwość względem siebie samego. To bycie prawdziwym w przeżywaniu siebie i w przynoszeniu tego wszystkiego Jezusowi – bez udawania i bez masek. I dlatego jest to jednocześnie „wąska brama”.
Pan wyraźnie mówi: złodziej przychodzi, aby niszczyć i zabijać. I to jest dzieło szatana, który próbuje „udawać” Boga. Zakłada różne „przebrania”, aby nas zwieść, ale zamiast wprowadzać nas do życia – wyprowadza nas niego, na naszą niekorzyść. Jezus jednak dalej mówi już o sobie: „Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości”. Oto jest Boże działanie: dawanie życia. I to nie tylko tego tchnienia, które sprawiło, że żyjemy tu i teraz, w doczesności, ale także życia „w obfitości” czyli życia wiecznego w jedności z Bogiem. Dary Boże są zawsze hojne, bo hojna jest Jego miłość, która za nas wydała Syna Jedynego. Przed nami wybór: życia czy śmierć? Światłość czy ciemność? Prawda czy fikcja? Pasterz czy złodziej?
Dobry Pasterz prowadzi w każdych okolicznościach. Nie ucieka od swoich owiec. To jakże mocno wybrzmiewa w dzisiejszym Psalmie. Być może jest to jeden z najbardziej znanych Psalmów, dlatego wymaga dziś od nas naprawdę dużej uważności i otwartości, aby usłyszeć go niejako „na nowo”- słowo po słowie, bez wybiegania do przodu i „wyłączania” się popartego argumentem: wiem, co zaraz będzie. Może i wiem, jakie będzie następne słowo, ale czy mam doświadczenie tego słowa w swoim życiu?
Wróćmy jeszcze na koniec do wyrażenia: „abyście szli za Nim Jego śladami”. Skupiliśmy się powyżej na pierwszym fragmencie tego stwierdzenia, ale jest i drugi człon. „Jego śladami”. Pewnie wystarczyłoby powiedzieć tylko: „iść za Nim” – uznalibyśmy to za to samo, co „iść Jego śladami”. Tymczasem autor nie bez przyczyny dokonał tego podkreślenia. Mówi to Apostoł, który niegdyś próbował poprawiać Jezusa i który od Niego usłyszał: zejdź mi z oczu szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, ale po ludzku. Teraz ten sam Apostoł, po latach osobistej formacji w szkole Jezusa i pod wpływem Ducha Świętego, świadomie i bardzo konkretnie mówi: mamy iść za Panem Jego śladami – nie według swoich oczekiwań, wyobrażeń, nie wybranymi przez siebie odcinkami Jego drogi, ale dosłownie „Jego śladami”. Św. Piotr wiedział, co to znaczy iść za Jezusem, ale i wciąż iść według siebie. A tu muszą się te dwie przestrzenie spotkać. Jeśli mamy dawać autentyczne świadectwo jako dzieci Boże, jako chrześcijanie, i jeśli sami mamy dojść do życia wiecznego, to właśnie mamy nie tylko iść za Chrystusem tak zewnętrznie (niedzielna Msza św., ogólne przestrzeganie przykazań, zewnętrzna pobożność), ale mamy iść Jego śladami: to On ma nas prowadzić, a nie my Jego. To On ma być przed nami. To Jemu mamy zaufać stawiając kolejny krok – stawiając tam, gdzie On pierwszy postawił, tam, gdzie On nam wskaże. On – nie ja. Iść za Jezusem tak naprawdę, a nie według swojego modelu. To nie my tworzymy sobie wiarę, chrześcijaństwo, Kościół – to dzieło Boga. A jak w minionym tygodniu słyszeliśmy: dzieło Boga polega na tym, abyśmy wierzyli w Syna Jego, którego On posłała na świat. Posłał z miłości, w akcie największej miłości.
Odkryjmy Dobrego Pasterza. Zachwyćmy się Nim, Jego miłością i Jego drogą. Zobaczmy, jak do tej pory wyglądało nasze podążanie za Nim? Liturgia Słowa dziś wskazuje nam także na fakt, że przy Nim, na Jego drodze, możemy czuć się bezpieczni. Przy Nim niczego nam nie będzie brakować. To ważne poczucie. Każdy nosi w sobie pragnienie bezpieczeństwa, pragnienie „bycia zaopiekowanym”. Jemu możemy zaufać – On nas nie zaniedba. Jest hojny, bo taka jest Miłość, która dla siebie niczego nie zatrzymuje; niczego nie niszczy – lecz wszystko napełnia życiem. Św. Piotr wzywa nas, abyśmy przestali już „być uczestnikami grzechu, a żyli dla sprawiedliwości” i ponownie ukazuje wielką cenę naszego zbawienia: zostaliśmy wykupieni drogocenną Krwią Chrystusa. To kolejne zaproszenie do paschalnej drogi przechodzenia od grzechu do nowego życia. Nie jesteśmy powołani do tego, aby błądzić. Nie jesteśmy już także owcami bez pasterzy (motyw ten możemy znaleźć w różnych miejscach Pisma Świętego – także jako motyw Boga jako Pasterza; w księgach prorockich są również skargi Pana na złych pasterzy, którzy zaniedbali swoje obowiązki). My mamy Pasterza. Apostoł mówi o „nawróceniu się do Pasterza”. Może za tymi słowami kryje się jego doświadczenie, gdy zajął właściwe miejsce? Już nie „przed” Panem, ale „za Nim”? To jest właśnie to nawrócenie.
Drugie czytanie dzisiejszej niedzieli kończy się pięknym określeniem Jezusa jako „Pasterza i Stróża dusz naszych”. To, że Chrystus jest Pasterzem – jest to „powszechne” stwierdzenie, często się z nim spotykamy. Ale czy myślę o Nim jako o Stróżu mojej duszy? Tak też św. Franciszek później, po wiekach od działalności św. Piotra, czerpiąc z biblijnego bogactwa, ale także dzieląc się swoim osobistym doświadczeniem, wołał do Boga. Tuż po otrzymaniu stygmatów ułożył Święty szczególną „litanię”, uwielbienie Boga: „Ty jesteś…”. Jednym z tych wezwań jest właśnie to: „Ty jesteś opiekunem. Ty jesteś stróżem i obrońcą naszym”. Pan nas strzeże. „Jest cieniem” nad nami – jak określił to Psalmista. Choćbyśmy „szli ciemną doliną”, nie musimy się obawiać, bo On jest naszym Stróżem. Czy ta pewność, taka ufność i taki obraz Boga nie napełnia nas pokojem i nie stanowi źródła siły, odwagi? Bardzo lubię te wizerunki Chrystusa, który z czułością trzyma w swych ramionach owieczkę, która patrzy na Niego; jak niesie na swych barkach owieczkę – niesie silnie, ale łagodnie zarazem. Może tej niedzieli pozwólmy sobie na to doświadczenie – by Pan wziął nas w swoje objęcia. Każda z owiec jest dla Niego „jedyną”, drogocenną, ukochaną, wyjątkową. Kiedy tak w Nim się zanurzymy, wówczas łatwiej będzie nam rozpoznać fałszywy głos – a iść za prawdziwym; łatwiej przyjdzie nam rozróżniać kto jest złym pasterzem, a nawet nie pasterzem, a wręcz złodziejem i rozbójnikiem. Jezus mówi bardzo konkretnie, dosłownie. Bo zła nie można kamuflować. Pokonać je może siła, światłość prawdy. Dzisiejsza liturgia ukazuje nam także cel tej drogi – życie wieczne, zbawienie. Trzeba „ratować się” z przewrotnej wspólnoty, trzeba przestać iść za tymi, którzy nie są pasterzami; trzeba posłuchać Bożego głosu, Słowa – Jezusa, a nie krzyku świata. Tu chodzi o życie wieczne. Czy ono jest i moim celem? Czy mam tego świadomość?
„Pan jest moim Pasterzem” – czy to jest również moje, bardzo osobiste a nie „katechetyczne”, wyznanie pełne zaufania i pokoju? Czy wiem za Kim (kim) idę?
s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA
