Święto Chrztu Pańskiego (rok A)
I tak oto nadeszła niedziela – święto Chrztu Pańskiego, która kończy liturgicznie okres Narodzenia Pańskiego. Kończy w sposób bardzo symboliczny – a na myśl przychodzą mi trzy obrazy.
Pierwszy – po dniach wpatrywania się w Bożą Dziecinę, stajemy tej niedzieli wobec dojrzałego już, dorosłego Mężczyzny, który przekraczając wody Jordanu, rozpoczyna swoją publiczną działalność (będzie jeszcze czas postu na pustyni, ale przecież przyjmujemy, że to właśnie chrzest jest tą chwilą inaugurującą). Kończy się czas dziecięctwa, rozpoczyna się czas odpowiedzialności.
Drugi obraz – już właśnie owo „przekroczenie” jest samo w sobie wymownym obrazem, że od jednej sfery przechodzimy do drugiej. Zanurzając się w rzece, Jezus zostawia za sobą to, co do tej pory i rusza ku czemuś innemu.
Trzeci obraz – chrzest w naszym przypadku również stanowił początek nowego w naszym życiu, bo to na nim zostaliśmy włączeni do wspólnoty Kościoła Świętego.
Pierwszy obraz jest dla nas lekcją, że nie można trwać nieustannie w czasie niemowlęcym. Choć jesteśmy dziećmi Bożymi i stąd wypływa nasza godność, to jesteśmy zaproszeni do rozwoju – również w ramach owego dziecięctwa (które jest raczej obrazem niesamowitej bliskości, relacji intymnej, osobistej oraz zawierzenia, zaufania – a nie jakiegoś infantylizmu). Lubimy czas Świąt Bożego Narodzenia, bo niesie on w sobie ogromny ładunek emocjonalny, estetyczny, mówimy o tzw. „klimacie świąt” i tak dalej – ale nie możemy się na tym zatrzymać. Nasza wiara nieustannie przez Pana jest wzywana do rozwoju, do dojrzenia. Jesteśmy pielgrzymami, nasze życie dzieje się w drodze, a w drogę wpisany jest ruch – choć oczywiście i przystanki, ale tu zawsze warto przyjrzeć się, dlaczego zatrzymuję się.
Drugi obraz jest pytaniem o naszą gotowość do wyruszania być może w stronę nieznanego oraz o odwagę na podejmowanie zmian i – przede wszystkim – o odwagę nawrócenia. Co czynili ludzie, którzy przychodzili do Jana Chrzciciela? Wyznawali swoje winy, podejmowali drogę nawrócenia, uznawali się za grzeszników i chcieli się obmyć z tego „brudu”, aby móc żyć. Trochę tak symbolicznie: na brzegu zostawał „stary” człowiek, a z wody Jordanu wyłaniał się „nowy”. Takimi zresztą pojęciami będzie operował św. Paweł Apostoł odnosząc się do chrztu, do naszego odrodzenia przez zanurzenie w Męce, Śmierci Jezusa i o uczestnictwie w Jego Zmartwychwstaniu.
Trzeci obraz, jak i cała tradycyjnie ta niedziela, to święto, konfrontuje nas z naszym chrztem świętym. W większości przyjęliśmy ten sakrament w wieku właśnie niemowlęcym – i tu rodzi się pytanie, czy potem, przez kolejne lata życia, ten dar sakramentalny rozwijaliśmy dojrzewając w wierze i wzrastając w osobistej relacji z Bogiem? To podczas tego obrzędu rozpoczęliśmy nowe życie dziecka Bożego. Jak więc to nasze „nowe” życie dziś wygląda? Czy znam/pamiętam datę swojego chrztu świętego? My potrzebowaliśmy tego sakramentu – a więc darmowej łaski Pana – który zresztą Jezus ustanowił umierając na Krzyżu, gdy bok Jego przeniknęła włócznia i wypłynęły z tej rany Krew i Woda na obmycie naszych grzechów, jako zdrój Bożego miłosierdzia. Potrzebowaliśmy, bo byliśmy obciążeni zmazą grzechu pierworodnego. Jezus nie musiał przychodzić nad Jordan. Bo choć stał się Człowiekiem podobnym do nas – to jednak w tym podobieństwie była różnica: On nie miał grzechu. A jednak – przychodzi na miejsce działalności swojego poprzednika, tego, który był głosem wołającym na pustyni (dobrze mieliśmy okazję zaznajomić się ze św. Janem Chrzcicielem w niedawnym okresie Adwentu) i staje pośród tych, którzy byli grzesznikami. Jezus jest pomiędzy nami. Nie jest obok jako bierny obserwator, nie jest jak sędzia uważnie lustrujący i skrupulatnie wszystko zapisujący. Jest pomiędzy – jak Emmanuel. Czy ja jestem „jako jeden z” innymi czy wolę stanąć obok i uzurpować sobie pozycję typu: ja jestem lepszy? Jezus jest z ludem, by pokazać, że Ojciec jest ze swoimi dziećmi – że mimo ich słabości, On ich nie odrzuca. Co musiał czuć Jezus patrząc na tych gromadzących się wokół Jana? Czyż nie było w Jego Sercu jakiejś nuty radości z powodu ich odwagi wyznania win i powrotu do Boga? Czyż nie było może i swoistego rodzaju wzruszenia, poruszenia? Lecz wiedział, że to jeszcze nie wszystko. Że to obmycie w Jordanie, że to wyznanie i podjęcie pokuty – samo w sobie dobre i konieczne – jeszcze nie ma „mocy”. Potrzeba, aby On wszedł do tej wody i sobą oraz Duchem Świętym ją uświęcił.
Przedziwny jest ten dialog Jezusa z Janem – niezależnie w której ewangelicznej wersji go odczytamy. Chrzciciel, posłuszny przecież Bogu, próbuje – być może „odruchowo” – postawić opór decyzji Jezusa o zanurzeniu się w Jordanie. Myślę, że to może nieco obrazować nasze postawy wobec Boga, gdy Ten nas zaskakuje swoją bliskością, a my próbujemy Mu powiedzieć, pokazać, że to nie tak powinno być, że nie tak On ma działać. Pytanie jednak, czy nieraz ten nasz opór nie wynika z obawy przed pełnym wejściem Pana w nasze życie, bo przecież wiemy, że tak bliska relacja musi pociągać za sobą zmiany, że „coś się stanie”, coś będzie inaczej. W tym dialogu stajemy się świadkami pokory Boga, który wie, że to On powinien chrzcić, że to Jego Jan winien usłużyć, ale nie manifestuje swojego majestatu poprzez wyniosłość, lecz właśnie poprzez pokorne zanurzenie.
Gdy Jezus wchodzi do Jordanu to znów stajemy się świadkami trzech obrazów. Pierwszy – Jezus bierze na siebie nasz grzech, wchodzi do wody „pełnej” naszego grzechu. Nie pozostaje w niej długo, bo w grzechu nie mamy się zatrzymywać ani nie mamy z nim „debatować”, „negocjować”. Ale gdy już wychodzi, oznacza to, że stanął razem z grzesznikami naprzeciw tym, którzy uważali się za sprawiedliwych, którzy nie potrzebują – we własnym mniemaniu – nawrócenia, tylko chcieliby wiedzieć, jakim prawem to wszystko tam się działo, kto dał Janowi taką moc i kim on jest. Nie przyszli dla relacji z Bogiem, lecz z ciekawości. Dlaczego my nieraz uczestniczymy w różnych religijnych wydarzeniach? Ciekawy to obraz – Chrystus z grzesznymi przeciw „sprawiedliwym”. Czy ten obraz nie rezonuje w naszych sercach?
Drugi obraz wynika z historii Izraela. Kiedy lud stał nad brzegiem Jordanu – jakie mógł mieć skojarzenie? Czy nie myślał, o tak mocno wpisanym w ich tożsamości, przejściu przez Jordan do ziemi obiecanej? Czym jest ziemia obiecana jeśli nie synonimem tego za czym tęsknimy, synonimem tego, co upragnione i oczekiwane? Za czym ja dziś tęsknię? Wydaje się, że rzeka staje się tu alegorią bramy – przejść przez nią, by wejść do „nowego życia”. Czym ono jest jeśli nie właśnie odrodzeniem i osobistą relacją z Bogiem, który autentycznie staje się Panem i Emmanuelem – dla mnie i we mnie. W tym obrazie mieści się także ten dobrze nam znany: przejście z pustyni do ziemi żyznej. Pustynią jest nasze życie wówczas gdy dominuje w nim grzech, gdy dominuje w nim wszystko to, co nie jest Boga, z Boga. Ziemią żyzną jest życie przeżywane w Bożych ramionach – w ramionach Ojca, w ramionach zawsze otwartych i wyczekujących. Przez wyznanie win i przez zaufanie, oddanie się Bożemu miłosierdziu i skruchę przechodzimy z pustyni do ziemi.
A trzeci obraz? Zdaje się, że jest to obraz centralny tej niedzieli, jej centralne przesłanie: Jezus zanurza się w wodzie, zstępuje Duch i Ojciec wypowiada znamienne słowa: To jest Mój Syn umiłowany… . Jezus utożsamia się z nami (przez zanurzenie), abyśmy my mogli stać się dziećmi Ojca – dziećmi Ojca, który nad każdym wypowiada dzięki temu to niesamowite zdanie: to Moje dziecko umiłowane. To niesamowite wyznanie Boga. Czy ja je słyszę? Czy chcę je usłyszeć? Może czuję jeszcze jakiś upór w przyjęciu tego?
Psalmista mówi, że Pan jest ponad ogromem wód – Jezus zanurza się w Jordanie, ale zarazem jest ponad, On jest z nami i jednocześnie jest ponad naszym grzechem. Nie musimy się więc lękać. Głos Pana potężny i pełen dostojeństwa – ale w Jezusie ów głos nie jest już jak uderzenie grzmotu, które wywoływało przerażenie i sprawiało, że lud nie chciał zbliżyć się do góry Bożej. Nie, w Jezusie ten potężny głos staje się cichym i pokornym szeptem Miłości, która najgłośniej przemówi w ciszy konania na Kalwarii i w misterium wielkanocnego poranka. Szept ten, jak wyznał św. Piotr w domu setnika, „nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie”, bo do każdego serca Bóg zesłał swoje Słowo, Słowo pokoju jakim jest Jezus. Apostoł używa znamiennego zdania: „wiecie, co się działo…” – to wyrażenie zawsze jakoś mnie zatrzymuje i (chcę czy nie) stawia przede mną pytanie, czy ja „wiem” – to znaczy, czy znam dzieje Jezusa, dzieje mojego zbawienia, Bożej miłości. Czy znam – ale nie chodzi o intelekt (choć to poznanie w przeżywaniu dojrzałej wiary jest również niezwykle ważne – „lecimy” na dwóch skrzydłach: wiary i rozumu) – chodzi też o osobiste doświadczenie. Czy wiem, to znaczy czy wierzę. W Dziejach Apostolskich słyszymy apologie – obronę wiary w Jezusa – czy gdyby mi przyszło wypowiedzieć to, to czy znam odpowiednie słowa?
Pierwsze czytanie – fragment z księgi proroka Izajasza – zdaje się być szczególnego rodzaju rozwinięciem owego Bożego wyznania: To jest Mój Syn umiłowany, Mój Sługa, którego podtrzymuję, Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Mój Sługa, który nie zniechęci się, nie załamanie aż wypełni to do czego Go posyłam. Nie uczyni tego krzykiem, lecz nie złamie trzciny nadłamanej ani nie zgasi ledwo tlącego się płomyka. Posyłam Go jako Przymierze, aby był Światłem, aby otworzył oczy niewidomych, wyprowadził z ciemności jeńców grzechu i słabości świata, aby uwolnił uwikłanych w różne sidła przywracając tym samym godność Mojego dziecka – wolnego dziecka.
Usłyszmy te słowa. Niech to Boże wyznanie zabrzmi z mocą Miłości w naszych sercach, nieraz może właśnie tak pełnych zwątpienia, ciemności, niepewności; nieraz wątpiących właśnie w ową godność dziecka Bożego i w miłość Pana, w Jego bliskość. Niech te Słowa Pana podniosą i właśnie staną się doświadczeniem bliskości Ojca i Syna i Ducha Świętego – bliskości Boga, który powołał słusznie nasze życie, chciał każdego z nas i ujął – wciąż ujmuje – nas za rękę i w takiej bliskości, wciąż kształtując, pragnie prowadzić.
„To jest Mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. Ale czyż na to wyznanie nie trzeba by jakoś odpowiedzieć? Nie w kategoriach powinności i „dobrego wychowania”, ale jako właśnie odpowiedź dziękczynienia, jako szept wdzięczności, szept serca, które doświadcza Miłości i nie może pozostać wobec tego ciepła obojętne i zamknięte. Jaka mogłaby być owa odpowiedź? Dziękuję? A może kierując wzrok na Pana: to mój Ojciec umiłowany, to mój Zbawiciel, w którym mam upodobanie, to znaczy, którego kocham, chcę kochać, chcę słuchać i za Nim iść, z Nim iść, dać się poprowadzić, na Niego patrzeć. A może to wszystko wypowie cisza zatrzymania serca przy Jezusie? Może ciche spojrzenie na Niego w Przenajświętszym Sakramencie? Chwycić się Jego dłoni i przejść razem „Jordan”, przejść razem z pustyni do ziemi obiecanej… .
s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA
