V Niedziela Wielkiego Postu (rok A)

Grób. Dzisiejsza liturgia Słowa konfrontuje nas z grobem – tak jakby chciała w ten sposób przygotować nas na wydarzenia nocy Wielkiego Piątku i ciszy Wielkiej Soboty. Od tej również niedzieli zostały zasłonięte krzyże. Nie widzimy wizerunku Ukrzyżowanego aż do chwili Jego wywyższenia na Drzewie Krzyża w wielkopiątkowej liturgii. Coraz więcej ciszy i pustki, coraz mniej bodźców, za to odczuwana atmosfera przygotowania. I nie chodzi o sporządzanie listy zakupów i świątecznych spotkań. Ale o przygotowanie na towarzyszenie Panu w Jego dziele Miłości. Zasłonięte krzyże wzbudzają w naszych sercach tęsknotę. Nie ma Oblubieńca. Zabrano Pana – to znaczy sam oddał swoje życie, aby nam życie przywrócić. Życie, które nie rozpoczyna i nie kończy się na ciele, ale jest wieczną perspektywą nieśmiertelnej duszy. Przebitymi dłońmi Pan otwiera nam wrota do zwycięstwa i chwały nieba, przywraca utracony ład, pierwotny zamiar Boga, jakim była komunia z człowiekiem, którego przecież stworzył z miłości i do miłości.

Kogóż nie porusza historia Łazarza i jego sióstr? Jeśli przyjmiemy jedną z egzegetycznych interpretacji, że Łazarz miał być młodym człowiekiem, jeśli nie dzieckiem wręcz (bo żydowskiemu mężczyźnie wolno było zapłakać tylko na pogrzebie dziecka) – to jeszcze bardziej odczuwamy to wzruszenie, którego nie bał się jawnie okazać i sam Chrystus (Łazarz mógł być również młodym mężczyzną, dorosłym i wówczas wzruszenie Jezusa pokazałoby nam, jak Pan nie obawiał się „naruszyć” formalnych zasad, ponad nie stawiając miłość). Niezależnie od tego, jaką przyjmiemy interpretację – to jest poruszająca scena, którą św. Jan opisał we właściwy sobie, bardzo głęboki sposób, kilkuwarstwowy.

Najpierw pytanie o czas interwencji Jezusa. Najpierw słyszymy o chorobie, tego, którego Pan miłował. Potem – o jego śmierci, którą Chrystus nazywa snem. Niemniej jednak, Pan odczekał dwa dni zanim wyruszył do Betanii. Gdy tam idzie, Łazarz już nie żyje. Siostry zarzucą Mu potem, że gdyby był przy nich, gdyby przybył wcześniej, ich brat by nie umarł. Jezus jednak wskazuje, że jego śmierć jest po to, aby objawiła się Jego chwała. W życiu spotykają nas różne wydarzenia, ale raczej o tych trudnych i bolesnych zapewne rzadko myślimy jako o przestrzeni do epifanii. Skupiamy się na swoich odczuciach – które obiektywnie mają jak najbardziej swoją rację bytu i są całkowicie zrozumiałe, tak bardzo ludzkie, tak bardzo nasze – tylko, że to skupienie często przeszkadza nam w obraniu optyki wiary w spojrzeniu na to, co się dzieje. „Gdybyś tu był…” – ale przecież Pan jest z nami, nawet wówczas, gdy nie odczuwamy Jego bliskości. Uczniowie nie pojmowali zachowania Jezusa. Chciał wrócić do ziemi, gdzie go prześladowano. Myśleli, że wraz z Nim idą na śmierć. Tymczasem cała droga Jezusa, choć rzeczywiście wiedzie przez śmierć, na śmierci się nie zatrzymuje. Nie jest drogą do śmierci, ale do życia. Owo obudzenie ze snu, o którym mówi Chrystus, dopełnia się w poranek Zmartwychwstania, kiedy słyszymy wezwanie: zbudź się, o śpiący, a zajaśnieje ci Chrystus. To jest właśnie to obudzenie, to przebudzenie. Nasza dusza pogrąża się  we śnie, gdy ulegamy grzechowi; gdy zamiast żyć Duchem, żyjemy, jakby Boga nie było. I to z takiego snu chce nas Pan obudzić – wyprowadzić z grobu, aby wprowadzić do życia i dać nowe serce, już nie kamienne, lecz z ciała, autentyczne i prawdziwie kochające. Każde nasze nawrócenie, wzrastanie w wierze, coraz wierniejsze podążanie za Jezusem, coraz prawdziwe realizowanie przykazania miłości Boga, bliźniego i siebie – to wszystko staje się właśnie przestrzenią objawienia chwały Chrystusa. Czym jest owa chwała? Przecież to jest również zajaśnienie owoców Jego krzyżowej Męki w naszym życiu.

„A Tomasz, zwany Didymos, rzekł do współuczniów: «Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć»” – to bardzo ciekawe zdanie, bo gdy Jezus faktycznie będzie umierał, uczniów nie będzie. Ale my mamy możliwość uczestniczenia w tej drodze – zawsze ilekroć, z pomocą Łaski, umieramy dla grzechu, aby narodzić się dla Pana. W tym znaczeniu konfrontacja z grobem nie jest dla nas niczym, co winno budzić trwogę. Grób – wyrażony choćby w symbolice chrztu – jest miejscem śmierci tego, co w nas grzeszne, aby objawiło się w nas Jezusowe zmartwychwstanie. I możemy tego doświadczać nieustannie. Takim odnowieniem chrztu jest każdy sakrament pokuty i pojednania. W każdej spowiedzi doświadczamy obmycia w Jezusowej Krwi i jasności zmartwychwstania. Oczywiście, żadna śmierć, grzechowa również, nie jest przyjemna. Odcinanie tego, co w nas uschłe i niemiłe Bogu oraz raniące bliźniego i nas, każde przyznanie się do swojej winy i ułomności, jest bolesne, jest nieprzyjemne i może być polem niemałej walki – ale dlatego Pan nie chce zatrzymać naszego spojrzenia na samym grobie. Z Martą i Marią Pan nie rozmawia o samej śmierci, ale o życiu i zmartwychwstaniu, którym jest On sam; które nie jest czymś odległym, ale w wierze już się dokonuje i jest nam bliskie.

Przez rozbudowany dialog z siostrami możemy nie dostrzec, że jednak w tej historii i Łazarz miał „przestrzeń” na swoją odpowiedź daną Bożej Łasce. Kiedy otworzono grób – a wcześniej, Jezus musiał przekonać, aby to zrobiono („już cuchnie” – jaka jest nasza relacja, kiedy ktoś chce się nawrócić? Czy dajemy zawsze każdemu szansę, czy raczej, kalkulując jedynie „na chłodno”, ludzkim spojrzeniem, przekreślamy jego szanse? A ileż razy przekreśliliśmy w ten sposób siebie, odbierając sobie szansę?) – to nie inni wydobyli stamtąd Łazarza, ale to on, umarły przecież, usłyszał wezwanie: wyjdź. Budowa grobu była taka, że to wyjście było naprawdę wyjściem. To nie otwarcie wieka i człowiek już wstał. Łazarz musiał pokonać konkretną drogę, tych kilka kroków – a przecież był obwiązany całunem, miał zasłoniętą twarz i dopiero co został obudzony w bardzo głębokiego snu. Ale usłyszał głos, który przecież dobrze znał. To, co o Łazarzu powiedział uczeń do Chrystusa, jest tym, co stanowi prawdę – każdy z nas jest tym, którego Pan miłuje i dlatego każdy z nas, w jakiś sposób, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia i wydaje mu się, że jest inaczej, wewnętrznie zna ten głos Miłości. „Łazarzu, wyjdź!” – to znaczy: zrób ten krok w ciemności, zrób ten krok w stronę światłości, nawet jeśli jeszcze jej nie widzisz, nie czujesz. Jest to wezwanie do zaufania. Wezwanie to tym mocniej wybrzmiewa w tych dniach, gdy po ludzku możemy mieć różne przemyślenia na temat Męki Pana i samego Krzyża. Dać się obudzić i w odpowiedzi zrobić ten krok w ciemności.

Dopiero gdy już Łazarz zrobił ten krok, Jezus zwraca się do będących tam, aby pomogli mu wyjść, aby rozwiązali go z całunu i tym samym pozwolili mu chodzić. Jest taki krok, który każdy musi najpierw zrobić sam. To decyzja, to nastawienie serca, to rozpoczęcie drogi nawrócenia. Nikt tego za nas, za danego człowieka, nie wykona. Nikt za nas nie podejmie tej decyzji. Pewnie nieraz tak byśmy chcieli, nawet korzystając z towarzyszenia duchowego, oczekujemy, że ktoś konkretnie powie nam, co mamy zrobić, jaką podjąć decyzję – a tymczasem, jest inaczej. Ktoś z boku może nas tylko (aż) wysłuchać, towarzyszyć w rozeznawaniu, nieraz delikatnie skorygować, naprowadzić, zobiektywizować, ale nie da gotowej recepty. Zacząć musimy my sami. Nikt nie wszedł do grobu po Łazarza. To on pierwszy odpowiedział na wezwanie Pana.

Zatrzymajmy się jeszcze nad łzami Jezusa. Ewangelista napisał, że Chrystus wzruszył się głęboko. Ci, którzy to dostrzegli, stwierdzili, że jest to oznaką tego, jak bardzo miłował Łazarza. Jezus płacze nad każdym z nas, który zamiast być wśród żywych, spoczywa w grobie. Niezależnie od wieku Łazarza, od interpretacji Jezusowych łez – ważnym dla nas jest to, że Jezus nie ukrywał tego uczucia. Nie boi się okazać emocji. Ta scena to spotkanie z Człowieczeństwem Chrystusa. Z człowieczeństwem, od którego my nieraz tak bardzo uciekamy. Boimy się uczuć, boimy się okazywania emocji. Ukrywamy je, nawet wypieramy je ze swojej świadomości, udajemy, że ich nie ma. Uczucia same z siebie nie są negatywne, dopiero czyny, które z nich wypływają – te już podlegają moralnej ocenie. Jezus nie przyjął człowieczeństwa „dla pozoru”, ale całkowicie i autentycznie. A częścią człowieczeństwa są i emocje. Jezus ukazuje przywiązanie do swoich przyjaciół. To również poruszający obraz, nad którym może zbyt łatwo przychodzimy. Serce Chrystusa jest Sercem Boga. Ono objawia nam Ojca. Ono ukazuje nam to przywiązanie Ojca do każdego z nas.

Zauważmy jeszcze ów dialog z Marią i Martą. Tuż przed rozpoczęciem Wielkiego Tygodnia, w dniach, które coraz bardziej, już tak bezpośrednio przygotowują nas do przeżywania wydarzeń Męki i Zmartwychwstania Pana, konfrontuje nas z pytaniem o wiarę w życie i zmartwychwstanie. Zamiast pretensji, zamiast zawahania, zamiast skupienia na śmierci i bólu – pytanie o wiarę, o spojrzenie na Jezusa, który jest naszym zmartwychwstaniem. „Powiedział do niej Jezus: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?»” – to słowa Chrystusa do Marty, ale również i do każdego z nas. Kto wierzy – żyje. A ja? Czy wierzę i żyję? Ale to zdanie można jeszcze w inny sposób odczytać. „Kto żyje i wierzy we Mnie…” – wiara i życie: tego nie można oddzielać; tego nie można czynić dwiema odrębnymi przestrzeniami. Czy wierzę, że Jezus jest moim życiem? Czy wierzę, że cokolwiek by się działo, choćby towarzyszyło mi poczcie, że Pan się opóźnia – czy wierzę, że Pan jest Życiem? To On, to w Nim jest nasze zmartwychwstanie. „Bóg zbawicielem, pełnym miłosierdzia” – śpiewamy w Psalmie. Jaki jest obraz Boga, który noszę w sobie? Czy pozwalam, aby przemieniał moje serce i przez to wciąż wskrzeszał do życia?

Zasłonięte krzyże – ale za nimi jest perspektywa, to znaczy: za tą zasłoną jest Pan, Bóg Zbawiciel pełen miłosierdzia, który przed niczym się nie cofnął, ale mnie uratować. Grób – ale jest on ową glebą, w którą musi wpaść ziarno, aby mogło wydać owoce. Bóg przemienia to, co „ciemne” w przestrzeń objawienia swojej miłości i wierności. Rozpoczynając drugi okres Wielkiego Postu nie możemy zapomnieć słów Jezusa: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”. Czy we mnie jest ta wiara, o którą pyta Pan? Czy ona jest silniejsza niż to, co niezrozumiałe po ludzku? Czy te dni, tak wyjątkowe w roku liturgicznym i w historii zbawienia, przeżyję właśnie w wierze, z wiarą?

s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA