II Niedziela Wielkanocna – Niedziela Miłosierdzia Bożego (rok A)

„Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa. On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystus na nowo nas zrodził do żywej nadziei”. – to pierwsze słowa św. Piotra z jego Pierwszego Listu. To pierwsze słowa drugiego czytania dzisiejszej niedzieli. Ileż w tych słowach mocy uwielbienia, zachwytu i dziękczynienia. To jak wielki okrzyk, który wydobywa się z serca osoby, która poznała Boży dar, doświadczyła tego szczególnego obdarowania miłosierdziem. Powstanie z martwych Jezusa jest naszym nowym narodzeniem. Tu znów widać tę paschalną dynamikę – ku górze. „Dlatego radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku” wynikającego z różnych doświadczeń,  które tu na ziemi spotykają chrześcijan. Apostoł pisał te słowa w czasach walk, zmagań i prześladowań. Ale przecież gama tych doświadczeń może by, i jest, bardzo szeroka. Zachować to dziękczynienie, to pełne uwielbienia ukierunkowanie ku Bogu, świadomość niezwykłej godności, jaką Pan dał temu, kto w Niego wierzy i za Nim idzie, zachować tę radość bycia z Nim w nowości życia – zachować to wszystko niezależnie od tego, co dzieje się wokół, ale także niezależnie od tego, co dzieje się we mnie. Bo może zewnętrznie nie doświadczam niczego trudnego, żadnych „prześladowań”, ale wewnętrznie przez moje serce przechodzą raz po raz kolejne burze, opanowują mroki, zniechęcenie, przygaszenie. Może nieraz takim „prześladowcą” dla siebie samego jestem ja – z taką zdolnością do wewnętrznej krytyki, nieufności, zaniedbywania siebie i tym podobne. A przecież mamy się radować. Cały okres oktawy, cały okres wielkanocny, każdy dzień opromieniony blaskiem zmartwychwstania, jest wezwaniem do radości. Pan żyje. Pan jest z nami. Ale do tej radości także się dochodzi. I dobrze wiedział o tym św. Piotr.

Gdy zestawimy ze sobą pierwsze czytanie (początek Dziejów Apostolskich) z pierwszymi słowami dzisiejszej ewangelicznej perykopy, to chyba niemal od razu widzimy pewien kontrast w postawie Apostołów. Kontrast, ale również jedną wspólną cechę. Czytanie z Dziejów Apostolskich ukazuje pierwszą chrześcijańską wspólnotę zgromadzoną w Jerozolimie. Trwają razem w nauce, jaką przekazują im Apostołowie (wciąż wśród nich obecni), przeżywają razem Eucharystię, wspólnie się modlą, wielbią Boga w Imię, którego czynią cuda i znaki. Przebywają w świątyni, spotykają się w domach. W opisie tym, oprócz obrazu jedności, da się przeczuć (i to słowo pada wprost) radość z przeżywanej wiary i wspólnoty. Pan jest z nimi i działa przez nich pociągając innych do wiary, do zbawienia. To piękny obraz. Zresztą, dla wielu wspólnot zakonnych rodzących się u początków chrześcijaństwa, dla życia monastycznego, tekst ten był podstawą, punktem odniesienia, takim modelem życia (w przypadku św. Franciszka z Asyżu było inaczej, gdyż on swoją wspólnotę braterską oparł na modelu bezpośrednio Pana Jezusa i wspólnoty Dwunastu, a nie na pierwszej wspólnocie z Jerozolimy). Wyczuwamy w tym opisie dynamizm, zapał. A zobaczmy jak rozpoczyna się perykopa z Ewangelii wg św. Jana: owszem, Apostołowie byli razem, ale panowała atmosfera niepewności, „obawy przed Żydami”, a drzwi miejsca, gdzie przebywali, były zamknięte – zamknięte fizycznie, ale jeszcze bardziej mentalnie, nie tyle na jakąś zasuwę, ale strachem, lękiem. I nawet gdy Pan Jezus ponownie w tej scenie, po raz drugi przechodzi do nich, drzwi również były zamknięte. Widać różnicę, prawda? Skąd więc taka zmiana? Bo potrzeba było autentycznego uwierzenia w Zmartwychwstałego. Potrzeba było doświadczenia, że Pan żyje i oni w Nim i przez Niego żyją. Opis z Dziejów Apostolskich to opis już po Zesłaniu Ducha Świętego. My również oczekujemy teraz na to wydarzenie, które będzie wspominać liturgicznie – tak jak Apostołowie, pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu Pana. Duch Święty napełnił uczniów odwagą, męstwem. To przez to św. Piotr mógł wezwać do radowania się pomimo różnorodnych doświadczeń. Czy jest we mnie postawa oczekiwania na Ducha Świętego i otwartość na Jego przyjęcie?

Ale wspomniałam o punkcie wspólnym tych opisów – to jest właśnie wspólnota. Niezależnie czy przeżywali „obawę przed Żydami”, niepewność, co do przyszłości czy też z radością i prostotą serca modlili się, czyni cuda i znaki – wszystko to dokonywało się we wspólnocie. Byli razem. Choć słusznie ktoś w tym miejscu zauważyć może, że nie całkiem byli razem, bo w ewangelicznym opisie na początku brakuje Tomasza. Ten, który zwany jest Bliźniakiem, nagle nie jest we wspólnocie, czyli przebywa gdzieś „obok”, „poza”, przecząc całkowicie swojej tożsamości. Dziś, gdy tej niedzieli, kończy się oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, może warto spotkać się z jeszcze jednym pytaniem: czy przeżyłem ten czas, to spotkanie ze Zmartwychwstałym, we wspólnocie Kościoła? A może byłem właśnie gdzieś „obok”, przecząc tym samym mojej chrześcijańskiej, katolickiej tożsamości, a potem wypowiadam wątpliwości i niedowierzam przekazowi Kościoła? Gdzie byłem osiem dni temu i gdzie jestem dziś?

Obraz tego, że zarówno w chwilach strachu, jak i w radości, Kościół próbował zachowywać jedność u swoich początków, to obraz bardzo budujący i sądzę, że stanowi istotną lekcję na „dziś”. Pod Krzyżem zabrakło Dwunastu. Judasz „odpadł” całkowicie. Piotr zmagał się ze swoim „demonem zawodu”, jaki napełnił jego serce po czynie zaparcia się Pana. Ale w pewnym momencie znów „pozbierali się” razem. Myślę, że to pytanie o miejsce, o to, gdzie jestem, stanowi nieraz klucz do zrozumienia różnych przeżyć, doświadczanych stanów. Wspólnota zewnętrzna to jeden wymiar. Ale istnieje jeszcze drugi wymiar, jakim jest wspólnota wewnętrzna – to, co łączyło uczniów był Pan Jezus, dlatego autor Dziejów Apostolskich mógł napisać, że byli jednego serca i jednego ducha. Wewnętrznie każdy z nich trwał w komunii z Panem i to ta komunia uzdalniała do budowania zewnętrznej wspólnoty. Jest jednak jeszcze jeden wymiar. Aby tworzyć dobre relacje, aby budować wspólnotę, potrzeba jeszcze „być we wspólnocie” z sobą samym. Być blisko siebie, aby móc być blisko innych i móc siebie im dawać. Nie możemy dawać czegoś, czego naprawdę nie posiadamy.

Ta Niedziela to Niedziela Miłosierdzia Bożego. To miłosierdzia wysławia św. Piotr w pierwszym czytaniu. To Miłosierdzie kontemplujemy w scenie przyjścia Jezusa do uczniów. Chrystus przychodzi mimo drzwi zamkniętych – pokonuje nasz lęk, nasze obawy. Ten, który jest Światłością rozprasza nasze ciemności.  Ale czyni to bardzo delikatnie. Nie ma w tej scenie żadnych gromów, trzęsienia ziemi, tego, co w Starym Testamencie opisywało epifanie Boga. Przychodzi i staje pośród nich. Oraz daje dar pokoju. Usłyszmy dziś to zdanie, to pozdrowienie tak bardzo osobiście. W środku może przeżywanych wątpliwości; w środku osaczenia różnymi pytaniami, które zdają się nam być bez odpowiedzi – Jezus przekracza to i mówi: „Pokój wam”. To nie jest zwykłe pozdrowienie, jakiego używali Żydzi. To tchnienie pokoju. To Chrystus, który sam jest Pokojem.

Gdy Apostołowie to usłyszeli i ujrzeli Pana, radość zmieszała się z lękiem. Czy to nie jest zjawa? A może mają przewidzenie? Może to wyobrażenie ich pragnień? Choć spotkanie z Panem napełnia ich radością, to jednak trudno od razu uwierzyć. Wiara jest procesem. Pan stoi przed nimi, a oni jeszcze niedowierzają. Przecież Piotr i Jan wraz z Marią Magdaleną widzieli pusty grób; przecież niewiasta ta przekazała im dobrą nowinę stając się apostołką Apostołów. A jednak. Może to lekcja dla nas teraz, gdy kończy się czas wielkanocnej oktawy – niech ona w nas się nie kończy, niech wciąż trwa to zatrzymanie nad tajemnicą Zmartwychwstania. Jeszcze ją w sobie „ponośmy”, pokontemplujmy tak osobiście. Temu również ma służyć cały liturgiczny okres wielkanocny, który rozciąga to jeszcze na kolejne tygodnie. Wiara jest drogą. Nie da się raz coś usłyszeć i stwierdzić: ja już wierzę, już nic więcej nie potrzebuję. Ona potrzebuje pielęgnacji, aby mogła wzrastać. Dlatego Jezus przychodzi do uczniów jeszcze raz, po upływie kolejnych ośmiu dni. Przychodzi także jako akt miłosierdzie względem Tomasza, którego wówczas nie było. Pan przyjdzie ze względu na każdego i do każdego – dla ocalenia, dla pozyskania duszy.

„Pokój wam” – dziś Jezus chce i mi to powiedzieć, gdy może i we mnie radość miesza się z niepewnością. On jest Tym, który uciszył burzę na jeziorze i teraz także zdaje się jakby „kroczył po morzu” mojego niepokoju. Co więcej jednak – przychodzi bardzo konkretnie. Nie jest zjawą, nie jest duchem. Gdy ukazał się Apostołom nie powiedział do nich ani jednego słowa wyrzutu. Bo oto początek nowego życia. To, co jednak bardzo poruszające w tym opisie, to fakt, że Jezus ma nadal rany i nie ukrywa ich. My często boimy się nawet przed sobą samym przyznać do jakiś „ran”, które wewnętrznie nosimy. Jezus przyjął ból i cierpienie, przeszedł przez śmierć, ale miał cel, nigdy nie utracił perspektywy woli Ojca, perspektywy życia. To jest paschalna droga w całej pełni. Tylko, że teraz Jego rany są już chwalebne, przeniknięte mocą zmartwychwstania. A dla nas stały się zdrojem łaski, zdrojem miłosierdzia. Rana, na którą kierujemy nasze spojrzenie być może najczęściej, to rana przebitego Serca. Rana, która ukazuje otwarte Serce Boga. Stańmy może tej niedzieli szczególnie przy tej ranie. Zobaczmy otwarte Serce Miłości. Na obrazie pozostawionym nam przez św. s. Faustynę Kowalską, Jezus delikatnie uchyla szatę, abyśmy mogli tę ranę ujrzeć. To delikatne uchylenie szaty jest jak subtelne zaproszenie. Czy dostrzegę? Jak odpowiem?

Św. Jan Apostoł jest Apostołem – mistykiem, jest tym, który spoczywał na piersi Pana podczas Ostatniej Wieczerzy. Dlatego też jego Ewangelia jest dużo bardziej tajemnicza, subtelna, teologiczna. Dlaczego Jezus ukazał uczniom swoje rany? Przecież oni pewnie woleliby o tym zapomnieć. To nie „poranionego” Pana w chwale oczekiwali – tak jak trudno było im przyjąć, że Mesjasz może być odrzucony, cierpiący i ukrzyżowany. Uczynił tak jednak Jezus, aby ukazać swoją realność. Chrystus nie jest daleki. Wciąż pozostaje bliski, tak jak bardzo był bliski za dni swego ziemskiego życia poprzez misterium Wcielenia. Te rany mają potwierdzić Jego zmartwychwstanie. On niesie je nadal, bo my je na różny sposób nosimy. Może i my chcielibyśmy te rany jakoś wymazać, bo nie pasują nam do naszego wyobrażenia Boga Zwycięzcy? Ale to właśnie w tych ranach – jak to już było zapowiadane na kartach Starego Testamentu – jest nasze zdrowie, uzdrowienie. To na przebitych dłoniach Pan zapisał nasze imiona. Rany przeżywane z Jezusem w tajemnicy Zmartwychwstania, na paschalnej drodze, nabierają innego znaczenia, zaczynają jaśnieć, nabierają innego wymiaru. Zmartwychwstanie to nie idealizacja. Paschalna droga to nie odcięcie się od dramatu Wielkiego Piątku. Bez niego nie byłoby wielkanocnego Poranka.

W tym rozważaniu nie poświęciłam zbyt wiele uwagi Tomaszowi, choć to do niego Pan kieruje wyjątkowe błogosławieństwo. Tomasz uwierzył, bo ujrzał. Najpierw nie było go w dniu pierwszego ukazania się Zmartwychwstałego. Potem nie wierzył słowom Apostołom i stawiał warunki. Jezus nie potępia go za to, ale ukazuje drogę doskonalszą. Drogę wiary, która nie opiera się na udowadnianiu, na dotykaniu. Pewnie samo to pytanie, poszukiwanie Tomasza, jego wątpliwości, nie byłyby same w sobie czymś złym, może nawet stanowią dla nas zachętę – ale na nich nie mamy się zatrzymać. Wiara to czasem droga przez ciemną dolinę, gdzie nic nie widać, a my idziemy, bo ufamy, że jest światłość, choć teraz przysłonięte przed nami. Wiara Apostołów wielokrotnie była wystawiana na próby i różnie one się kończyły. Jezus niejeden raz zarzucał im brak wiary, jej małość i to, że Mu nie dowierzali. Ale nie rezygnuje z nich. Przychodzi do nich. Pomimo tego wszystkiego. Błogosławieni, którzy uwierzyli, choć nie widzieli. Czyli: szczęśliwi, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Nie widzieliśmy cieleśnie Pana tak jak Tomasz i pozostali Apostołowie. Widzimy Go w kruszynie Białego Chleba, słyszymy w Słowie. I wierzymy. Czy ta wiara jest dla nas źródłem radości, a może gdzieś (nawet nie przyznając się być może do tego) oczekuję na znaki i cuda, jako potwierdzenie? Na czym opieram swoją wiarę – na Panu, czy na tym, czego doświadczę, na uczuciu, dotknięciu; czy na Słowie Pana, na tym Słowie głoszonym w Kościele? Tomasz wiedział kim są ci, którzy opowiadali mu o pierwszym pojawieniu się Jezusa. Może dlatego trudno było mu tak od razu uwierzyć? Bóg posługuje się ludzką kruchością, niedoskonałością, aby głosić swoje Słowo.

Nie wiemy, czy Tomasz ostatecznie dotknął ran, czy włożył w nie swój palec. Ale wiem, co wyznał. „Bóg mój i Pan mój”. Wyznał Bóstwo i Człowieczeństwo Jezusa. Na kartach Ewangelii nie znajdziemy wypowiedzi któregoś z Apostołów, który mówiłby do Jezusa: Boże. Owszem, Piotr wyznał, że Jezus jest Mesjaszem. Widzieli Jego chwałę na Górze Przemienienia. Nazywali Go Panem, Mistrzem i Nauczycielem. Ale nikt nie powiedział do Niego: Boże mój. Tak, spotykamy określenie: Syn Człowieczy, ale to jeszcze nie jest to wyznanie, jakiego teraz dokonał Tomasz.

Nie wiemy, czy Tomasz dotknął ran, ale możemy pomyśleć, jaka będzie nasza postawa. Zanurzyć się w Bożym Miłosierdziu. Wzbudzić akt ufności, zawierzenia. Usłyszeć to Jezusowe pozdrowienie: Pokój wam – i odpowiedzieć: Jezu, ufam Tobie.

s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA