Niedziela Męki Pańskiej (Niedziela Palmowa) rok A

„Drodzy bracia i siostry, przez czterdzieści dni przygotowaliśmy nasze serca przez modlitwę, pokutę i uczynki chrześcijańskiej miłości. W dniu dzisiejszym gromadzimy się, aby z całym Kościołem rozpocząć obchód misterium paschalnego. Dzisiaj Chrystus wjechał do Jerozolimy, aby tam umrzeć i zmartwychwstać. Wspominając to zbawcze wydarzenie, z głęboką wiarą i pobożnością pójdźmy za Panem, abyśmy uczestnicząc w tajemnicy Jego krzyża, dostąpili udziału w zmartwychwstaniu i życiu”. Oto przykład wstępu, zachęty, jaką podaje Mszalik z czytaniami na niedziele w ciągu roku, do odczytania właśnie dziś, w Niedzielę Męki Pańskiej. Słowa te padają na samym początku liturgii, tuż przed poświęceniem palm i wejściem do świątyni. Te słowa jednak to coś więcej niż tylko zwyczajne obwieszczenie, dlaczego tu się gromadzimy. W nich zawarte jest i podsumowanie przeszłości (czas Wielkiego Postu), jak i plan na to, co przed nami. Niedziela Palmowa jest jak taka brama, która wprowadza nas w przestrzeń niesamowicie ważnego, świętego Tygodnia. Na kanwie tych słów, chciałabym poprowadzić dzisiejsze rozważanie.

Wielki Post jest szczególnym okresem liturgicznym. Choć modlitwa, praktyki miłości chrześcijańskiej i pokuta winny być częścią naszego życia w całym roku, to jednak w ciągu tych czterdziestu dni podkreślamy je w wyraźniejszy sposób. Czterdzieści dni miało nam przywołać na pamięć m.in., bo przecież nie tylko to, ale przede wszystkim, czterdziestoletnią wędrówkę Izraela z Egiptu do ziemi obiecanej. Dlaczego tak długo pokonywali trasę, na przebycie której normalnie wystarczyłoby kilkanaście dni? Bo Pan chciał im pokazać prawdę o tym, co działo się w ich sercach. Mieli odkryć, że choć zyskali fizyczną wolność, w sercu pozostali niewolnikami – może już nie realnego faraona, ale swoich wyobrażeń, nieuporządkowanych pragnień, przywiązania do rzeczywistości, która choć nie była łatwa, ale była im znana; od szemrania i krytykowania ( a winni być przecież ludem zawierzenia i zaufania, jako dzieci Abrahama, ojca zawierzenia). Bóg ukazał siebie jako cierpliwy i konsekwentny Pedagog. Pokolenie niewolników nie mogło wejść do ziemi obiecanej. Nowe pokolenie, jakie narodziło się w czasie drogi, musiało zaś tej wolności nauczyć się, odnaleźć się w tej rzeczywistości. A jaką mi Pan dał lekcję w ciągu tych ostatnich czterdziestu dni? Co chciał mi pokazać, a na zobaczenie czego ja otworzyłam swoje serce? Pierwsze czytanie dzisiejszej niedzieli stawia nam przed oczy sługę Pańskiego, który wie, że cierpienie nie złamie go, nie unicestwi, bo to Pan jest Tym, który go wspomaga – dlatego może być nieczuły na oblegi. To nie znaczy, że one go nie dotykają, że go po ludzku nie bolą, ale pokładając nadzieję w Panu i w Nim będąc zakorzenionym, nie zwraca na nie uwagi, nie skupia się jedynie na nich. W jakimś sensie, choć przez doświadczenie może fizycznie powalony na ziemię, ale idzie dalej, jego misja trwa. Jednak to zakorzenienie rozpoczęło się od postawy umiejętności słuchania. Sługa Pański jest jak uczeń, który każdego dnia na nowo podejmuje wysiłek nasłuchiwania Pańskiego słowa. Jak uczeń. Lud wędrujący przez pustynię też był grupą takich uczniów. My w Wielkim Poście też nimi w szczególniejszy sposób byliśmy (choć takimi mamy pozostać wciąż). Pan chciał nam wiele powiedzieć. Stół Jego Słowa w tym okresie jest wyjątkowo bogaty i – żeby to tak określić – specyficznie zastawiony, ukierunkowany na przypomnienie nam Bożej miłości, Bożych planów i dzieła odkupienia. Konfrontuje nas z prawdą o naszej słabości, grzechu i niewierności, ale zarazem ukazuje Boga, który wciąż – jak miłosierny Ojciec czy Jezus przy studni w Samarii – wychodzi nam na spotkanie. Czy moje serce jest gotowane na Święte Triduum?

W słowie wstępu pada zdanie o zgromadzeniu w jedności całego Kościoła. Ten Tydzień, te celebracje, które przed nami, nie są naszą prywatną sprawą. One ukazują – pięknie to też wybrzmiewa w Wigilię Paschalną – jak moja osobista historia splata się z całą historią zbawienia. Celebrujemy te wyjątkowe liturgie w bardzo jasno określony sposób, mają one swój porządek, konkretne czynności, nic nie jest przypadkowe i nie jest wynikiem fantazji pojedynczego człowieka. Myślę sobie tak: gdy rozpoczyna się Eucharystia, każda Msza św., czy mam wówczas świadomość, że przeżywam ją, uczestniczę w niej w jedności z całym Kościołem? Czyż to nie czyni owego wydarzenia donioślejszym jeszcze bardziej? Psalm, jakim dziś się modlimy, kończy się wersami: „będę głosił swym braciom Twoje imię i będę Cię chwalił w zgromadzeniu wiernych”. Wiara, przynależność do Pana nie jest sprawą prywatną. Ale co więcej – wiara taka winna być prawdziwa (czy jak modlił się św. Franciszek: prosta). Jezus wisząc na Krzyżu, otoczony – w większości – tymi, którzy miotali szyderstwa pod Jego adresem, najpierw wyznaje: Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił? To lekcja, aby nie wstydzić się trudności, ale zarazem nie na nich wyłącznie się koncentrować i nie je celebrować, „okadzać”. Jezus dzieli się bólem swego Serca, które jest także Sercem człowieczym. Nie mamy być – i nie jesteśmy – idealni. Zgromadzenie wiernych nie jest zebraniem idealnych, którzy uwielbiają samych siebie i są lukrowanymi figurkami. Kościół jest zgromadzeniem poranionym, poobijanym – w prawdzie kondycji ludzkiej – ale zarazem przeniknięty świętością samego Boga. Wspólnota ta jest podarowana w planach Bożej Opatrzności nam również po to, aby nas podtrzymywała, kiedy upadamy, kiedy gubimy się w wielorakich mrokach. Obchodzimy Święta razem – jako wspólnota. Jako wspólnota w tym, co trudne i w tym, co radosne. To jest prawdziwe wyzwanie. Jezus był kuszony na Krzyżu, aby „udowodnić”, „zademonstrować” swoją tożsamość. Nie zrobił tego. Nie dał się sprowokować, choć  w takich ciemnościach wiary i w cierpieniu, działamy nieraz tak bardzo emocjonalnie. Nie wybrał siebie, ale do końca – wolę Ojca. To także to wybrzmiewa z przesłania drugiego czytania. Uniżył samego siebie, wstawszy się posłusznym aż do śmierci – dlatego Bóg wywyższył Go ponad wszystko. Uniżenie staje się wywyższeniem. Dlatego św. Jan Ewangelista ukazał Krzyż jako tron, jako miejsce wywyższenia i objawienia Bożej chwały. To dla nas, po ludzku, paradoksalny obraz, ale ponad naszym rozumieniem, jest Boży plan. Krzyż staje się miejscem spotkania z wywyższonym Jezusem, który jest Panem, który jest objawieniem miłości Ojca. Miłości i wierności. Co więcej, jak napisał św. Paweł Apostoł do Filipian – Chrystus zrobił to dla nas, dla naszego zbawienia, dla ocalenia.

Zauważmy, że w tych słowach zachęty pada stwierdzenie, że „rozpoczynamy obchód misterium paschalnego”. Już teraz to się dokonuje. Ta celebracja to nie tylko Wielkanocna niedzielna Msza św. obowiązkowa. Nie. To przeżywanie Wielkiego Tygodnia. To Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota – dni te stanowią jeden wielki dzień. Wielki Czwartek rozpocznie się znakiem krzyża, ale już potem nie będzie błogosławieństwa na zakończenie Eucharystii. Dopiero w Wigilię Paschalną – wówczas zakończy się obchód. I od początku do końca to wszystko dokonuje się dla nas. Nim nastąpiły te wydarzenia i Jezus wrócił do Jerozolimy, udał się z najbliższymi do Efraim, był w Betanii u przyjaciół. Był niejako na „samotni”, wchodził w ciszę, wchodził w to, co na Niego czekało. Może to jest dla nas podpowiedź na te pierwsze dni Wielkiego Tygodnia? Abyśmy autentycznie mogli „z głęboką wiarą i pobożnością” pójść za Panem. Ale nie tylko „pójść”, ale uczestniczyć wraz z Nim.

Na początku Mszy św., przy obrzędzie poświęcenia palm, usłyszymy ewangeliczny opis wjazdu do Jerozolimy. Jezus będzie witany triumfalnie, radosnymi okrzykami wśród gwaru i śpiewu tłumu. Jego wjazd był czytelnym obrazem mesjańskim. Zaraz jednak potem usłyszymy fragment Ewangelii i krzyk tego samego tłumu: ukrzyżuj, ukrzyżuj. Nie będziemy tutaj analizować tego całego opisu (w roku A odczytywana jest wersja pozostawiona nam przez św. Mateusza), ale zobaczmy właśnie to – wierność miłości, wierność Pana Jezusa aż do końca. Wierność w darze z siebie, której Jezus nie cofa. Nawet gdy tylu wokół odrzucało Go. Wierność, która nie jest powinnością – nie może być powinnością, bo miłość to nie powinność. I jest to wierność, która nie oparła się absolutnie na ludzkich opiniach, reakcjach. Pokazuje nam, jak się zachować – wiara to nie emocja, uniesienie chwili. Wiara to droga, w którą wpisane jest i umieranie. Euforia tłumu nie zwiodła Go. Złowrogie okrzyki nie przysłoniły Mu Ojca i celu ostatecznego. Tłum szydził: „zaufał Bogu, niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje”. Myśleli, że szydzą, kuszą, prowokują – a tymczasem mówią w pewnym sensie prawdę. Jezus zaufał Ojcu, a On swego Syna wybawił. A w Nim, wybawił nas. Nie zabrał śmierci, nie uczynił drogi lżejszą i bardziej entuzjastyczną – ale to nie ją uczynił końcem, bo przecież nastąpiło zmartwychwstanie. Nie przeżywamy wydarzeń Wielkiego Tygodnia, aby „tylko” dojść do krzyża; ani tylko po to, aby zatrzymać się w ciszy grobu. Przeżywamy je, aby mieć udział w zmartwychwstaniu. Idziemy do światła. Nie chodzi jedynie o „wysłuchanie” ewangelicznych opisów. Chodzi o spotkanie i towarzyszenie Jezusowi, który jest Miłością i który robi to dla mnie. Przeżyć te dni jako coś tak bardzo osobistego.

Czterdzieści dni przygotowania, post, modlitwa, pokuta, czyny miłosierdzia – to nasze czynności, nasz udział. Teraz jednak nie chodzi o nasze wysiłki – teraz chodzi o otwarcie serca na Łaskę. Wzrok może nas mylić, rozum może podsuwać nam wiele myśli i racji – ale mimo to iść, nie poddawać się, dawać się ciągle dalej prowadzić Jezusowi. To naprawdę jest święty Czas. Pozwólmy sobie na to. W całej prawdzie o nas – że ten opis zmiennego tłumu, to również opis naszego serca, tak bardzo niestałego. Dlatego wiara i miłość łączą się aktem woli. Postanowienie woli, a nie afekty. Osobiste zapatrzenie na Jezusa i dążenie do bycia z Nim, do poznawania Go – a nie uleganie zmiennościom tłumu, chwilowym okrzykom i prądom. Nie obraz Boga tkany przez świat, ale ten obraz, który On sam chce nam przekazać. Ci, którzy wydali Pana na ukrzyżowanie to nie jacy odlegli ludzie z przeszłości. Dzisiejsza liturgia przypomina nam o naszej kruchości, ale nie zatrzymujmy się na sobie, lecz z pokorą dajmy się poprowadzić do samego Serca Boga żywego. Jest taka piękna pieśń, która ostatnio mi towarzyszy – szczególnie słowa refrenu, gdy spoglądam na Krzyż (  i na Jezusa w Przenajświętszym Sakramencie): „Oto ona, oto ona – nieskończona czułość mojego Boga”. Zauważmy słuchając ewangelicznego opisu Męki Pańskiej, zauważmy milczenie Jezusa. Tym bardziej usłyszmy tych kilka zaledwie słów, które wypowiedział Ten, który sam jest jedynym Słowem Boga. Nie ma w nich krzyku, nie ma w nich zemsty, pogardy, nie w nich wyższości ani pychy z wielkości podejmowanego dzieła. Jest miłość. Ale jest i ból. Bo to jest Miłość zraniona. Dalej w tej wspomnianej pieśni śpiewamy: „To miłość Cię trzyma nie gwoździe. Bez słowa i bez krzyku. Baranek pozwolił się związać. (…) Pragnę pić z kielicha  przebitego Serca Wodę i Krew Baranka. (…) Bez końca i bez kresu Panie chcę Ciebie kochać, pragnę śpiewać Tobie”. Czy takie jest i moje osobiste pragnienie? To miłość zatrzymała Jezusa na Krzyżu. To miłość wyprowadziła z Grobu. To miłość pozostawiła dla nas Pokarm i Napój życia. To „ta” miłość czeka na odpowiedź i to „ta” miłość „jest nie kochana” (św. Franciszek).

Idźmy z Panem do Jerozolimy. Idźmy z Panem na Paschę. Idźmy jeszcze dalej… Idźmy z miłością i dla miłości, za Nim, a nie za tłumem. Dla Niego, a nie dla tradycji, zwyczaju i z rutyny. Idźmy.

s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA