III Niedziela Wielkiego Postu (rok A)
„Słysząc głos Pana, serc nie zatwardzajcie” – śpiewamy powtarzając refren Psalmu. To już trzecia niedziela Wielkiego Postu. Trwamy nadal w tym szczególnym okresie liturgicznym, który jest również wyjątkowym czasem zasłuchania, zatrzymania przy Bożym Słowie. Jest ono nie tylko przez nas czytane, ale ma również czytać nasze życie, pomóc nam odczytać nasze życie, naszą drogę, którą przemierzamy i poprzez którą przybliżamy się (oby) do Pana. Jaka jest wrażliwość i uważność naszego serca? A może sami dla siebie jesteśmy jak owi Izraelici z pierwszego czytania – niby doświadczamy i widzimy Boże interwencje w naszym życiu, a jednak w chwilach kryzysowych, kłócimy się. Z jakimi swoimi wewnętrznymi myślami ja się kłócę – i przez to nie pozwalam sobie na usłyszenie tego najważniejszego Głosu. Pan jest ponad tymi kłótniami, ponad naszymi wewnętrznymi sporami i niepokojami. On staje na górze – ponad tym wszystkim, On wszechmocny. I dokonuje kolejnego cudu. Ze skały wypłynęła woda. Pan chce ugasić nasze pragnienia, bo te najgłębsze, te najbardziej wewnętrzne, może zaspokoić jedynie On. To, co ludzkie to tylko takie namiastki. To może tylko na chwilę nas nasycić, ale nigdy do końca, bo przecież nasze serce pozostaje niespokojne dopóki nie spocznie w Panu – jak pisał św. Augustyn. To On jest celem i pełnią naszego życia. On jest Nadzieją, która nie może nigdy zawieść, która nigdy nie zawodzi.
Jak Izraelici – tak i my w Wielkim Poście – idziemy przez pustynię. Jest ona doskonałą przestrzenią, by poznać siebie, by stanąć w prawdzie. Do tego również zachęca Jezus spotkaną przy studni kobietę. Niesamowita jest ta rozmowa, jaką Pan poprowadził. Poznać siebie. Ale wszystko to w świetle relacji z Jezusem. A rozpoczyna się to od uświadomienia sobie swojego pragnienia. Ta kobieta przychodzi po wodę w samo południe. To nie była idealna pora, aby czerpać wodę. Szła tam jednak w takiej godzinie, aby nie spotkać innych. Można uciec od ludzkiego wzroku, ale nie da się uciec od Jezusowego.
„Daj Mi pić” – prosi Jezus. To zaskoczyło Samarytankę. On, Żyd, prosi ją – Samarytankę. Kobieta odczytała tę sytuację w świetle panujących warunków społecznych, na które wpływ miały wydarzenia również religijne. Czy nie jest czasem tak, że i my patrzymy na innych przez takie różne „soczewki”, które ponakładały się nam na oczy pod wpływem różnych wydarzeń? Kobieta jednak nie cofnęła się i pomału zanurzała się w tym dialogu. Ta ewangeliczna perykopa jest przebogata w treści i obrazy, i wiele, bardzo wiele można byłoby o niej napisać, długo snuć rozważania.
„W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: «Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu»”. Kto pije z doczesnej studni – wciąż będzie pragnął. Kto w Bogu odkryje źródło żywej wody, źródło życia, ten nie będzie już więcej pragnął. Ale to jeszcze nie wszystko – pijący sam stanie się źródłem dla innych. Zamiast wchodzić w podziały, zamiast kłócić się niedowierzając Bożej Opiece i Mądrości, mamy pomagać także innym spotkać Jezusa. Dlatego to najpierw my sami Nim się winniśmy napełniać, bo przecież – jak mówi przysłowie – z pustego i Salomon nie naleje. Jeśli my się nie napełnimy – jak możemy próbować napoić innych?
Cóż to może być to owo „źródło tryskające ku życiu wiecznemu”? Nie chodzi tu o życie przyszłe, o wieczność, która dopiero na nas czeka, ale chodzi o życie wieczne, które już jest w nas, a które zostało zapoczątkowane na chrzcie świętym. To przez ten sakrament mamy udział w wewnętrznym życiu Trójcy Przenajświętszej. To życie duchowe, życie dziecka Bożego, które wciąż dojrzewa, wciąż się uczy. Jezus karmi nas, poi nas, aby podtrzymać w nas owo życie duchowe, najgłębsze życie. Nie żyjemy bowiem jedynie i wyłącznie w wymiarze cielesnym. I Wielki Post jest nam również podarowany po to, abyśmy poukładali sobie na nowo, raz jeszcze, wewnętrzne priorytety. Co dla mnie jest najważniejsze i na czym najbardziej się skupiam? Można by stwierdzić, że ta kobieta żyła w grzechu, a jednak – Pan z niej nie zrezygnował. Spotkała ona Jezusa w owej południowej porze. To bardzo trudna pora. Ojcowie Pustyni, Ojcowie Kościoła, właśnie acedię nazywali „demonem południa”. Ten groźny demon atakuje duszę właśnie w jej „południu”, gdy słońce świeci najmocniej, gdy jest tak bardzo gorąco i gdy już zaczyna brakować sił. To demon zniechęcenia duchowego, lenistwa, rezygnacji. To wtedy najbardziej potrzeba nam „żywej wody”. I to wtedy ta kobieta spotyka Jezusa. Staje wobec Niego, a On pozwala jej odkryć, Kim jest i zapragnąć Go. Chrystus nie będzie się narzucał, nie będzie wchodził na siłę w nasze życie, nie będzie przymuszał do wiary. Jak bardzo On szanuje naszą wolność! A co my z nią robimy? Jakże często sami sobie ją odbieramy, m.in. przez szemranie, przez grzech, przez unikanie prawdy o sobie. Samarytanka musiała wyrazić swoje pragnienie, aby Pan mógł je wypełnić. Jezus nie zostawił ani jej, ani nie zostawia nas w naszym południowym kryzysie. Pozwólmy Mu nas odnaleźć. Już nie uciekajmy. To o tym także jest ten powtarzany refren Psalmu: nie zatwardzić serca, czyli nie dopuścić, aby nie przemieniły się w skamieliny. Bóg chce dać nam serca „z ciała”. A może to właśnie o to chodzi – aby Pan swoją łaską poruszył nasze serca, tak jak Mojżesz ową skałę, która pękła i dopiero wówczas mogła wytrysnąć z niej woda. To „pęknięcie” może się okazać bolesne – ale tylko na początku. Trudno może nam się na to zgodzić, ale aby coś poprawić, zbudować – coś musi się najpierw rozpaść, aby budowanie to odbywało się na prawdziwym, czystym gruncie. Tak autentycznie.
Przyznam się, że bardzo cenię dzisiejsze drugie czytanie. Fragment Listu św. Pawła do Rzymian. Wiara staje się drogą do łaski. To ona nawet nie tyle jest drogą, co otwiera nam bramę do łaski. A bez tej łaski nie poradzimy sobie. Zachować pokój z Jezusem, to pozostać wiernym nawet w obliczu pokusy, nawet gdy popełnimy grzech. Jezus przecież nie zamyka nam drogi powrotu do siebie. „Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdy jeszcze byliśmy bezsilni. A nawet za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością. Chociaż może jeszcze za człowieka życzliwego odważyłby się ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami”. Nie jesteśmy idealni. Owa kobieta przy studni również nie była idealna. To do grzeszników przychodzi Chrystus, nie do sprawiedliwych, którzy nie potrzebują lekarza. Miłość Boże przewyższa nasze ludzkie próby jej zrozumienia. Nie dorówna naszej, często tak bardzo obarczonej różnymi kalkulacjami, nie wolnej od interesowności. To ta Boża miłość jest życiem. To On sam jest Miłością. Bóg okazuje ową miłość przez oddanie siebie, oddanie życia Chrystusa za nas – nieidealnych właśnie. A jakże często my sami w sobie odrzucamy ten fakt nieidealności? Ile razy sami sobie nie dajemy prawy do niedoskonałości? A przecież to część prawdy o nas. Część, bo nie na tej nieidealności mamy się zatrzymywać – ale widzieć dalej, to znaczy pamięć, że – jak pisał św. Franciszek z Asyżu – nasza wartość jest w oczach Bożych: tyle jesteśmy warci, ile w oczach Pana, i nic więcej. Podnieść wzrok, przenieść nasze spojrzenie tak, aby oczy Pana stały się dla nas lustrem poznania. Ale ten fragment Listu do Rzymian zawiera bardzo wyjątkowe zdanie. „A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany”. To dla mnie osobiście ważne zdanie. Ta nadzieja życia wiecznego, ta nadzieja zakorzeniona w Chrystusie, nie może zawieść, bo przecież opiera się na autorytecie Boga. Ta nadzieja łączy się z miłością. Jest przylgniemy do Tego, który jest Miłością, taka nadzieja nie może zawieść. Jest ona łaską Ducha Świętego, którego – jak stwierdził św. Paweł – jesteśmy świątynią. Można to porównać do połączenia, do spotkania nas i Boga. Tylko nie możemy ulec zwątpieniu, rezygnacji. Kobieta przychodziła po wodę, choć może w niezbyt odpowiedniej porze dnia, ale przychodziła – bo nie da się uciec od pragnień, od tego, co naprawdę nosimy w sercu. Przychodzić – mimo wszystko. Może idziemy przez pustynię, ale nie możemy stracić nadziei, bo jest ona czymś więcej niż uczuciem, porywem serca. Zobaczyć, uwierzyć w miłość, jaką Pan nam okazał. Już nie uciekać. Już nie szemrać, ale spotkać się z nią. „W Duchu i prawdzie” – to ważne słowa Jezusa określające autentyczny kult. W Jego łasce i prawdzie naszego jestestwa. Nie na jakieś „górze”, nie w konkretnej przestrzeni zbudowanej rękoma, ale w szczerości i tej niesamowitej bliskości, w żywej relacji. Czy w tym Wielkim Poście już spotkałem się z Panem – z Miłością?
s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA
