II Niedziela Wielkiego Postu (rok A)
Druga niedziela Wielkiego Postu zaprasza nas do drogi. Do wyjątkowej drogi, w którą nie jest wpisane „rozbijanie namiotów”, ale gotowość na ciągłą dynamikę – bo ta droga jest żywą relacją. Jest wychodzeniem „od” – „do”, od siebie do bycia z Jezusem i dla Jezusa. Iść z Nim i dać się prowadzić.
Pierwsze czytanie ukazuje wiarę Abrahama, który posłuchał Boga i wyszedł ze swojego rodzinnego domu. Wyszedł bez mapy. Miał tylko słowo Pana, które zapewniło go, że będzie bezpieczny. Ale w tym fragmencie uderze jeszcze coś innego. Abrama Bóg czyni błogosławieństwem. Droga – proces – jaki ma przejść nie jest wyłącznie dla niego samego. Jego „tak”, jego decyzja ma wpływa na to, co wydarzy się w historii innych. To pokazuje, jak jesteśmy zespołem naczyń połączonych. Odpowiadamy nie tylko za siebie.
Ale zatrzymajmy się przy tym: stać się błogosławieństwem. Co to może oznaczać dla mnie? Pewnie zakłada to również zgodę wewnętrzną na to – odkrycie swojej tożsamości. Przede wszystkim jesteśmy dziećmi Ojca, a dziecięctwo to objawia się w widzialnie w naszym braterskim postępowaniu. Skoro ja jestem dzieckiem Ojca, to osoba obok mnie również.
Kiedy Abram wyruszał w drogę, otrzymał również polecenie, aby spojrzał na niebo – aby widząc mnogość gwiazd, w tej ilości dojrzał jak liczne będzie jego potomstwo. Patrzeć w niebo. Tylko tak można przebyć tę drogę – nie gubiąc najwłaściwszego kierunku. Udać się w drogę – jak rozkazuje Pan. Wyjść w nieznane. To podjąć ryzyko, że nieraz błędnie postawimy krok. To zgoda na to, że czasem będzie trzeba się zatrzymać, a może nawet i cofnąć nie tracąc ufności w to, że droga trwa. Ewangelia rzuci jeszcze jedno światło na tę drogę. Sam Jezus powie o sobie, że to On jest Drogą. Doskonale, niezwykle głęboko zrozumiał to św. Franciszek, kiedy od chwili swojego nawrócenia aż do śmierci przykazywał braciom – i sam tak czynił – że istotą ich powołania jest naśladować Jezusa Chrystusa, iść Jego śladami. Postawić swoją stopę w ślad pozostawiony przez Jezusa, jedynego Mistrza. To powołanie każdego chrześcijanina, niezależnie od stanu obranego w życiu. Nie jest to naśladowanie „kropka w kropkę”, to nie „kopiuj-wlej”, ale mądre rozpoznawanie, jak aplikować postawy Jezusa w swojej codzienności, aby stać się „błogosławieństwem”, czyli by stać się żywą stronnicą Ewangelii głoszonej dzisiaj.
Abram wszedł w ten proces drogi. Nie jest łatwo wyjść z rodzinnego domu, zostawić rodzinę. Bóg jednak chce od tego oderwać owego człowieka, tak aby stał się całkowicie zakorzeniony w Nim, a nie w ludzkich stabilizacjach – nie w rodowym nazwisku, ale w imieniu wypisanym w Sercu Boga, przez Boga nadanym. Nie w ludzkich układach i majątkach, ale w bogactwie jakim jest Przymierze Boga. Abram idzie. Zrobić ten krok. Dać się poprowadzić – ale w to również wpisana jest postawa czujności, uważności serca, aby rozpoznawać kolejne znaki od Dobrego Pasterza. O tym słyszymy także w dzisiejszym Psalmie – słyszymy o tych, którzy oczekują łaski Pana. Czy czekam na łaskę Pana czy ciągle zastanawiam się jak to ja sam raczej miałby daną sprawę rozwiązać, załatwić? Ile zostawiam miejsca Panu na te rozwiązania?
To pójście za Panem to także zgoda na udział nie tylko w chwale, w radości, lecz i na udział w trudach. O tym do młodego biskupa Tymoteusza pisze św. Paweł, a my dziś czytamy. Apostoł Narodów zachęca, aby wziąć udział w trudach znoszonych dla Ewangelii, znoszonych po to, aby po całym świecie niosła się Dobra Nowina, aby Chrystus był znany i mógł być Panem każdego serca. Wziąć udział w trudach – bez ucieczki właśnie od tego, co może niewygodne, co jakoś uwiera, albo nawet i zadaje rany. Sam Chrystus, ale również i miłość do dusz, troska o ich zbawienie, stają się dla św. Pawła źródłem siły do realizacji posługi ewangelizatora. To Bóg sprawia, że nie brak mu odwagi, że nie wycofał się w obliczu prześladowań i przyjął kajdany. Ewangelia jest źródłem światła, oświeca naszą codzienność. To ona pokazuje nam, jak iść, ale również przypomina, jaki jest cel tej wędrówki. Królestwo Niebieskie.
Dzisiejszy fragment Ewangelii wg św. Mateusza przenosi nas zaś na Górę Przemienienia. Tradycja stwierdziła, że była to Góra Tabor. Nie ma o tym bezpośredniej wzmianki na ewangelicznych kartach. Idą tam po sześciu dniach – ta wzmianka odsyła do Starego Testamentu: obłok okrywał Synaj przez sześć dni, potem Bóg przywołał Mojżesza. Święto Namiotów – ustanowione przez Boga – odbywało się sześć dni po Święcie Pojednania. Samo Święto Namiotów trwało sześć dni. Ale to też kojarzyć się może z dziełem stworzenia: po sześciu dniach Bóg odpoczął. Scena Przemienia jest takim „odpocznieniem” uczniów, które jednakże nie zatrzymuje, ale prowadzi dalej. Jezus jednak zabiera tam ze sobą tylko trzech uczniów. Ci wybrani Apostołowie towarzyszą Mu w wyjątkowych momentach. Oddziela ich od pozostałych i zabiera ze sobą. Czasem w życiu i my potrzebujemy takich chwil „odejścia”, „odłączenia”, aby w mniejszym gronie, może bardziej bezpośrednio pobyć z Panem. Ale to też pokazuje – być może – jak wyjątkowe jest każde powołanie i jak Jezus każdego osobiście prowadzi. Umocnienie, którego dostąpią na górze nie jest jednak tylko wyłącznie dla nich. Choć mają zachować milczenie, aż do czasu, to później odniesienie do tych wydarzeń będzie niewątpliwie czymś dla nich bardzo ważnym w kierowaniu wspólnotą Kościoła.
Jezus przemienił się wobec nich. Mogli zobaczyć Jego Boskie oblicze. Człowieczeństwo Jezusa mogło bowiem im nieraz przysłonić głębszy wymiar Jego Osoby. Dlatego i my potrzebujemy takich „wyjść na Tabor”, aby Bóg mógł nam ukazać swoje „prawdziwe” oblicze, czyli oczyścić nasze na Niego spojrzenie, to jak my Go postrzegamy i próbujemy po swojemu tworzyć Jego wizerunek.
To tam Bóg wskazuje, że w Chrystusie otrzymujemy całą pełnię Objawienia, o czym świadczy obecność Mojżesza (Prawo) i Eliasza (Prorocy). W Jezusie wszystko się dopełnia, On wszystko sobą wypełnia. Nie przyszedł znieść – jak sam powiedział – ale właśnie wypełnić: nie tylko w znaczeniu zrealizowania, ale wypełniania Duchem. Znów również – drugi raz od wydarzeń nad Jordanem – słyszymy głos Ojca. Prawdziwie, to jest Jego Syn umiłowany, któremu mamy słuchać, bo Ojciec w Nim ma upodobanie. Oczyszczone spojrzenie na Jezusa i oczyszczony słuch, aby rozpoznawać Boży głos – Słowo, które stało się Ciałem dla naszego zbawienia. Jednak wypowiedź Ojca może nam się skojarzyć z pieśnią o Słudze Pańskim z księgi proroka Izajasza – Ten wybrany, umiłowana Sługa Pana, to Jezus. I to On przyjmie na siebie nasze winy, nie cofnie się przed obelgą i cierpieniem. Ale nim Apostołowie ujrzą Go pojmanego, teraz widzą Go w blasku bóstwa. I to właśnie „to” Oblicze mają zapamiętać, „to” Oblicze mają zachować, aby nie zwątpić. Ale także, gdy sami będą cierpieć, powinni pamiętać – słyszeć w sercu – ten głos Ojca, że to Jezusa mają słuchać, ale także, że i oni są umiłowanymi dziećmi Ojca.
Uczniowie chcą budować namioty. Chcą zatrzymać tę wyjątkową chwilę – i nie ma, po ludzku, w tym nic dziwnego. Rozumiemy przecież taką postawę. Ale wybudowanie namiotu mogłoby oznaczać „zatrzymanie” Boga, zmianę tego, kto prowadzi. Już nie byliby prowadzonymi, ale sami by chcieli kierować Bogiem. A nie taki jest porządek. To Bóg ma nas prowadzić. Pojawienie się obłoku odsyła nas zapewne do wędrówki Izraelitów przez pustynię, gdy wychodzili z Egiptu. Wówczas także prowadził ich Bóg w obłoku. Osłaniał ich, aby mogli iść bezpiecznie. Obłok towarzyszył szczególnym momentom Bożego objawienia (góra Synaj). Nie musimy budować namiotu – obecność Pana przenika nasze jestestwo. Zamiast próbować „ukryć” Pana, mamy sami w Nim się ukryć. Trudno nieraz oddać ster, zatrzymać się, przestać kontrolować sytuację. Ale to właśnie oznacza iść za Jezusem. Bóg naprawdę prowadzi i nic nie może wypaść „nieszczęśliwie” z Jego dłoni. Czytając te słowa w kontekście Wielkiego Postu możemy zobaczyć, co dzieje się w naszym sercu – jakie jest podejście nasze do tego szczególnego czasu. Daję się przez niego przeprowadzić czy uprawiam samodzielną gimnastykę?
Po tym, jak Apostołowie usłyszeli głos Ojca, słyszą wyjątkowe – w pewnym rodzaju „pierwsze” słowo – Jezusa: aby wstali, nie lękali się. Gdy Apostołowie się rozejrzeli, widzieli już tylko Jezusa. Widzieć tylko Jego. Już nie swój lęk, nie swoje plany i próby poukładania rzeczywistości – ale ukierunkować swoje spojrzenie wyłącznie na Chrystusa. Wstać – czyli podjąć drogę. Nie lękać się – jest przy nas Jezus, więc to nie będzie samotna droga. Gdy Piotr w imieniu pozostałych mówi, że dobrze, że tu są – czyż nie odnajdujemy w tym siebie? Czy dobrze nam przy Jezusie? Nawet jeśli nie całkiem wszystko na tej drodze rozumiemy, naprawdę dobrze, że jesteśmy na tej drodze. Przemienienia Pan dokonał na „górze” – wpierw więc musieli się tam wspiąć. Spotkanie z „prawdziwym” Obliczem Boga wymaga swoistego rodzaju trudem, co obrazuje wspinaczka. W to spotkanie trzeba nam włożyć nieco wysiłku, który później zamienia się w błogosławiony owoc. Ten trud wynika również z tego, że nie jest nam łatwo zrezygnować ze swojego sposobu patrzenia, ze swoich planów. Góra jest także obrazem schronienia dla człowieka. O ile morze symbolizuje w Piśmie Świętym siedlisko złego (Pan poskramia je np. w scenie uciszenia burzy), o tyle góra ukazuje miejsce schronienia, miejsce Bożej mocy, spotkania z Bogiem, ale także – tak wizualnie nawet my to widzimy – „styk” nieba z ziemią. Jezus łączy naszą codzienność z „niebem”. Tylko Mu zaufać. Tylko – aż.
s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii
