I Niedziela Wielkiego Postu (rok A)

Rozpoczęliśmy Wielki Post. To szczególny czas w liturgii Kościoła, w naszej drodze wiary. W tym roku bardzo przemawia do mnie obraz wyprowadzenia z niewoli – zmierzamy do wolności. Wielkopostna droga zwieńczona będzie czasem świętego Triduum. W Wigilię Paschalną odczytany zostanie jeden z najważniejszych tekstów – wyjście Izraelitów z Egiptu. Bóg chce i nas wyprowadzić z takiego naszego, osobistego, „domu niewoli” – ku wolności dzieci Bożych, ku wolności ziemi świętej naszego życia w Bogu. I może to jest taka wskazówka na to, jak przeżyć te czterdzieści dni? Jako czas „wyprowadzenia” – ale nie w pustkę, nie ku większemu zagubieniu, ale właśnie ku pełni. Wolność jest darem, jest niesamowitym elementem człowieczeństwa. Jest także czymś, co tak łatwo odbieramy – wewnętrznie – sobie sami. I to całkiem łatwo. Droga – sam proces – wyjścia jednak okazuje się już o wiele trudniejszy, bo przecież z jakimś przywiązaniem patrzymy na to, co było i z jakąś obawą patrzymy na to, co przed nami, a co jawi się jako nieznane i odmienne. A Bóg jest tu. W Środę Popielcową słyszeliśmy: „oto teraz czas zbawienia”. Oto teraz czas łaski. Nasze tu i teraz jest również czasem decyzji. Są one maleńkim krokiem, a czasem… . Wszystko jednak ma swoje konsekwencje. Podejmując decyzję – niejako automatycznie – godzimy się na to, że będziemy musieli ponieść ich konsekwencje. I zdaje się, że o tym wszystkim jest dzisiejsza liturgia Słowa.

Pierwsze czytanie – scena z Księgi Rodzaju. Pierwsza kobieta sięga po owoc. Sięga po niego po tym, jak dała się najpierw wciągnąć w przewrotny dialog z wężem, ze złym. Kusiciel pomaleńku, stopniowo, owijał ją w swoją sieć. Najpierw podważyć słowo Boga i Jego dobroć, potem wprowadzić podejrzliwość w tę relację ze Stworzycielem i to, co było prawdziwą wolnością ukazać jako uciemiężenie zakrywając skutki autentycznego zniewolenia. Wężowi to się udaje. Ewa sięgnęła po owoc i podała go również Adamowi. Mężczyzna, choć chciałby się  wybielić w tej sytuacji, zaciągnął jednak winę – przecież dobrowolnie zgodził się, przyjął i sam skosztował owego owocu. Możemy przerzucać odpowiedzialność na innych, tłumaczyć się okolicznościami – ale to nie jest całkowite usprawiedliwienie. Bo nawet pod presją trudnych, zewnętrznych czynników, to my podejmujemy decyzję, to my w nich mamy się odnaleźć i to my mamy wpływ – jeśli nie na zewnętrzne czyny, postępowanie, to na wewnętrzne usposobienie. Trudno jest uznać swoją winę. Przyznać się do nieudanej decyzji. Boga jednak – który ma moc uzdrowienia, moc wyprowadzenia – spotykamy w prawdzie. Zdecydować się naprawdę – oto krok do wolności. Bóg nie jest Kimś strasznym, tak jak próbował to pokazać wąż. On nas nie zniewala, ale w wolności strzeże poprzez przykazania, które nam pozostawił. One nie są krępującymi więzami, ale strażnikami naszej drogi, naszej pielgrzymki do Domu Ojca.

Zupełnie odmienną reakcję na pokusę odnajdujemy w dzisiejszej Ewangelii. Jezus zostaje wyprowadzony na pustynię. Lud wybrany przez czterdzieści lat wędrował przez pustynię do ziemi obiecanej – wędrował tak długo właśnie dlatego, że Bóg chciał ów lud wychować; wędrowali tak długo, bo zwątpili w moc i opiekę Boga, szemrali przeciw Niemu i przeciw całemu temu dziełu wyprowadzenia. Czas Wielkiego Postu, te nasze czterdzieści dni, również ma charakter pedagogiczny. Adam i Ewa, odkrywszy swoją nagość – to jest swoją słabość i kruchość – ukryli się przed Bogiem. Ukryli się, bo ulegli pokusie, że muszą być przed Nim idealni, doskonali, i wtedy On będzie dla nich miłosierny. Tymczasem jest to całkowicie fałszywy obraz Boga. Przed Nim nie musimy się ukrywać, nie musimy udawać idealnych, przybierać masek. Jezus nie ukrył tego, że pod koniec czasu postu zaczął odczuwać głód. Nie ukrył tego, że był kuszony. Zapis ten pozostawił dla nas, aby nas nauczyć, jak postępować.

Jezus zostaje wyprowadzony na pustynię. I paradoksalnie – to nie czas pełnych górnolotnych doznań, stał się czasem Jego przygotowania do rozpoczęcia publicznej działalności, ale to właśnie czas zmagania był tą przestrzenią przygotowania, które dokonuje się poprzez poznanie samego siebie, poprzez nawiązanie kontaktu uważności ze swoim człowieczeństwem, ze swoim jestestwem. Oraz, oczywiście, z Bogiem. I znów, to wszystko może wydać błogosławione owoce tylko wówczas, gdy przeżyte będzie w prawdzie. W spotkaniu z Prawdą.

Czym jest post? To doświadczenie braku. Pościmy, czyli czegoś sobie odmawiamy. Ale post ma prowadzić do wolności, a nie być czasem „duchowej siłowni” rozumianej jako katowanie siebie, narzucanie sobie kolejnych ograniczeń. Na początku Wielkiego Postu słyszeliśmy pytanie w perykopie z Ewangelii wg św. Mateusza: „dlaczego my – faryzeusze i uczniowie Jana – pościmy, a Twoi uczniowie nie?”. Dlaczego podejmujemy wyrzeczenia? Jezus wskazuje na tęsknotę. To nie ma być praktyka dla praktyki, ale wyraz serca, które autentycznie tęskni. Serca, które nie tyle chce coś udowodnić i pokazać, ile przeżyć to, co odczuwa. Najpierw muszę sobie uświadomić „nieobecność” Pana w moim życiu – ten najważniejszy „brak”; że wciąż Go za mało, że mi Go (w ogóle) brakuje, że chciałabym, chciałbym, aby On był o wiele bardziej, o wiele mocniej. Wtedy, w wyrazie smutku, ale także jako przestrzeń do pewnego wewnętrznego porządku, mogę podjąć post. Stanie się on wówczas swoistego rodzaju zaproszeniem.

Użyłam określania – zrobić wewnętrzny porządek. Niedawno przeczytałam takie zdanie, że głód staje się szczególną przestrzenią pokusy. Kiedy czujemy głód, czyli kiedy odczuwamy brak, możemy skonfrontować się z naszymi pragnieniami. Czego pragnę? I wówczas następuje pokusa i zmaganie, jakiego dokonać wyboru. Także przed Jezusem zarysowały się dwie opcje – doczesny chleb i pokarm wieczny, „chleb” woli Ojca. Doczesny chleb wydać się może być pułapką. Kiedy jesteśmy głodni, instynktownie sięgamy po pokarm. Uporządkowanie jednak pragnień pomaga, aby nie sięgnąć po „byle co” zbyt pochopnie. Czego dotyczy mój głód? Mogę go zagłuszać chwilowymi suplementami, namiastkami, ale w pewnym momencie może się okazać, że korzystanie z tego ma bardzo negatywne skutki i trzeba ponieść przykre konsekwencje. Czy potrafię od tego, co przyziemne, doczesne, przejść do tego, co ma wymiar wieczny, co ma sens zakorzeniony w Bogu i do Boga prowadzi? Czy Słowo Boże jest tym, co syci moją duszę, moje serce, co pomaga mi, jest lampą na mojej ścieżce wyborów i postaw? Czyjemu słowu ufam bardziej – Ojca czy kusiciela?

W tym ewangelicznym zapisie kolejną próbą skuszenia Jezusa przez złego była pułapka wystawienia Bożej opieki na próbę. Ale nie, to było coś więcej. Ta pokusa miała zasiąść – podobnie jak w pierwszym człowieku – wątpliwość odnośnie tego, kim się jest. „Jeśli jesteś Synem Bożym…” – rozpoczyna drugi dialog szatan. Próbuje nawet w tym celu wykorzystać Słowo Boże, skoro już w pierwszej rozmowie okazało się, że ono jest kluczowe dla Jezusa. Tak, nawet to, co dla nas najważniejsze, może stać się takim narzędziem pokusy. Szatan – „małpując” Boga – będzie używał bliskiego nam, zrozumiałego nam języka, aby się z nami porozumieć. Jezus nie musi udowadniać kim jest – nie musi tego czynić ani przed innymi (zresztą, podczas swojej działalności niejednokrotnie będzie zakazywał wyjawiania tego, kim On jest) ani przed sobą samym. On wie kim jest. A ja? Czy ja siebie tak znam? A może muszę sobie ciągle coś udowadniać, aby pamiętać, aby wiedzieć kim jestem? Czy wierzę, że przede wszystkim jestem dzieckiem Boga? I owszem, tę godność ukazujemy poprzez nasze postępowanie, ale nie na zasadzie – zwątpiłem, więc teraz udowodnię. Gdy Jezus przytacza przykazanie, że nie będzie się wystawiać Boga na próbę, ma odwołuje się do tego, że relacja z Bogiem nie polega na „testowaniu” Jego wszechmocy, ale na zaufaniu, na zawierzeniu.

Trzeci dialog to pokusa zdobycia wszystkich królestw tego świata. Upaść na kolana – albo przed Bogiem albo przed szatanem. Albo przed Prawdą albo przed kłamstwem. Upaść na kolana to znaczy uznać, co jest dla mnie najważniejsze. Szatan mówi, że te wszystkie królestwa ziemi są jego własnością, że to w jego mocy jest ich przydzielenie, oddanie Jezusowi. Kolejne kłamstwo. Wszystko przecież od Boga pochodzi, Jego jest. On jest Panem i Stworzycielem, Królem królów. Gdy jednak nasze pragnienia są nieuporządkowane, łatwo ulec tej iluzji. Co tak naprawdę chcę zdobyć? Co ma dla mnie naprawdę wartość? Chcę „być” czy chcę „znaczyć”? Umieć dawać czy tylko egoistycznie posiadać? To ważne pytania, nad którymi warto się dobrze, głęboko, zastanowić. Bo tu może kryć się także pokusa uznania, że Bóg jest mi niepotrzebny. Pokusa postawienia siebie w Jego miejsce. Skoro tylko On jest Panem, to ja zagarniając wszystko, chcę być jak On. To była również pułapka pierwszego człowieka. My już jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo – i nie potrzeba panować, dominować, nie trzeba żyć tak jakby Go nie było, jakby wszystko, złudnie, było w mojej mocy. Potrzeba tylko odkrywania w sobie dziecka Bożego. Jezus stanowczo ucina ten dialog. „Idź precz szatanie”. Czy jest we mnie taka zdecydowana postawa? Przypominają się inne słowa Chrystusa, które wypowiedział do uczniów: co zyska człowiek, choćby nawet cały świat zyskał, jeśli zatraci swoją duszę albo poniesie szkodę? Na co się wtedy zdadzą te wszystkie królestwa i dobra, które i tak zniszczy rdza i mól. Czy doczesność jest dla mnie ważniejsza od wieczności? Czy naprawdę uważam, że panując, dominując nad innymi, osiągam prawdziwą godność?

Drugie czytanie z Listu św. Pawła do Rzymian to taki swoistego rodzaju łącznik między pierwszym czytaniem z Księgi Rodzaju a ewangeliczną perykopą. Jak przez człowieka przyszedł grzech, tak przez Człowieka zostajemy wyzwoleni. Jezus nie potrzebował tego doświadczenia na pustyni – to my potrzebujemy Jego doświadczenia, abyśmy nauczyli się pokonywać naszą pustynię. Jezus nie miał przecież grzechu, a stał się dla nas Człowiekiem, aby nas z grzechu uwolnić biorąc na siebie nasze winy i dokonując naszego odkupienia przez śmierć na Krzyżu. Tym więc, co powinno przenikać naszą wielkopostną drogę jest miłość. Więcej nawet – Miłość rozumiana jako Osoba, Miłość, którą jest Bóg. Nieraz może nam się wydawać, że grzech jest tak bardzo głośny, tak mocno i stanowczo daje o sobie znać, ale tymczasem – tam gdzie grzech, tam jeszcze obficiej rozlana jest Boża łaska. Jak przez czyn pierwszego człowieka naznaczeni jesteśmy grzechowym ciężarem, tak przez Chrystusa mamy dostęp do Łaski. Jakież to niewyczerpane źródło nadziei! Posłuszeństwo Jezusa względem woli Ojca – przeciwne do nieposłuszeństwa i zwątpienia Ewy i Adama – „sprowadza na wszystkich ludzi usprawiedliwienie dające życie”. To przez pokonanie śmierci przez Jezusa, otrzymujemy obfitość łaski, dar życia i prawdziwe królowanie – w komunii z Bogiem.

Psalm tej niedzieli bardzo często w wielkopostnym okresie towarzyszy naszej modlitwie. Jest to Psalm pokutny, który miał powstać po tym, jak Dawid zgrzeszył z Batszebą i ten grzech został mu uświadomiony. „Uznaję bowiem nieprawość moją i grzech mój jest zawsze przede mną”. Nie chodzi o rozpamiętywanie i „rozmiłowanie” w wyolbrzymionym poczuciu winy, ciągłe wracanie do przeszłości i tego, co zostało nam przebaczone w sakramencie pokuty i pojednania. Uznanie owej nieprawości – czyli także samej możności, zdolności do popełnienia grzechu – jest już pierwszym odważnym krokiem, jakby przejściem przez próg do spotkania z Prawdą, tym wyjście zza zarośli. Pamięć o słabości nie ma nas jednak „zdołować” ani zahamować, ale ma być takim strażnikiem. Może to i nieco dziwny strażnik, ale chodzi o to, abyśmy nie zaczęli polegać wyłącznie na sobie samych, abyśmy nie popadli w pychę, która odwraca nasze spojrzenie od Boga. Psalmista prosi, aby to Pan w nim stworzył nowe serce i odnowił jego ducha. To zadanie także na ten Wielki Post. Prosić o nowe serce – takie według Serca Jezusowego. Takie, które będzie ukształtowane przez Pana, a nie przez ukryty w nas fałszywy obraz Boga i wygórowane mniemanie o sobie. Świadomość swojej słabości ma nas również w pewien sposób chronić przed perfekcjonizmem i przed tym, że zawsze wszystko musimy idealnie uczynić. Nie, bo wciąż pozostajemy uczniami, tymi, którzy się uczą to znaczy nabierają zdolności – w szkole najlepszego Mistrza.

Wielki Post zaprasza nas do spotkania z Prawdą. Nie jest czasem smutnego umartwienia, ale czasem który prowadzi ku wyzwoleniu. Jezus nie wchodząc w podchwytliwe dialogi z szatanem, ale odpowiadając jasno i stanowczo, opierając się na autorytecie Słowa Boga i Jego przykazań, nie ulegając zwątpieniu (nie dając miejsca temu podstępnemu ziarnu, aby zakorzeniło się w Nim), pokazuje jak dojść do tej wolności. Nie wchodzić w dialog z pokusą – to złota zasada powtarzana z uporem już przez Ojców Pustyni. Zamiast tego – przylgnąć do Pana, który jest naszą jedyną Twierdzą obronną, najpewniejszym Schronieniem. Oraz – docenić wartość czegoś takiego jak poznanie siebie, jak znajomość siebie, swoich pragnień, odczuć. Być blisko siebie, aby nie ulec pokusie poprzez zdolność rozeznania, odróżnienia i wybrania Prawdy.

s. M. Teresa Pechman OCPA