III Niedziela Wielkanocna (rok A)
„Boże, Ty przywróciłeś młodość ducha swoim wiernym, zachowaj ich w radości i spraw, aby ciesząc się z odzyskanej godności przybranych dzieci Bożych z ufnością oczekiwali chwalebnego dnia zmartwychwstania. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa.” – tak brzmi kolekta trzeciej niedzieli wielkanocnej. Rzuca ona światło na dzisiejszą liturgię Słowa i to w tym kluczu będziemy chcieli zatrzymać się nad czytaniami kolejnej niedzieli w okresie wielkanocnym, w okresie bardzo szczególnym dla Kościoła, bo stanowiącym swoistego rodzaju „powrót” do początków każdego chrześcijanina, czyli chrztu świętego oraz przypomnienia największej prawdy naszej wiary, jakim jest odkupienie, którego przez swoją śmierć i zmartwychwstanie dokonał Chrystus. W tym okresie Kościół napełniony jest radością i to wybrzmiewa cały czas. Przeżywamy radość ponieważ Jezus, nasz Pan, żyje i to żyje na wieki, „śmierć nie ma nad Nim władzy” – jak napisał św. Paweł. To On, Zmartwychwstały, jest źródłem i przyczyną owej radości. Ale tym powodem jest również godność dziecka Bożego. Godność, która jest niesamowitym darem, jaki otrzymujemy w momencie chrztu świętego. Ale jak to bywa z darem – obdarowany pozostaje wobec niego wolny, więc może go w pełni przyjąć, dbać o niego i rozwijać, albo może go też odrzucić, ale wówczas musi być świadomy, że bierze na siebie również konsekwencje takiej postawy. Czy odczuwam w sobie tę duchową radość? Czy mam świadomość, czy ona mi towarzyszy, że jestem dzieckiem Bożym, a godność tę uzyskałem przez Krew Jezusa? Tak sobie nieraz myślę, patrząc też na siebie, na swoją postawę, że brakuje nam tej zdolności do prostej radości. Nie takiego zadowolenia z tego, co dobrego wydarzyło się nam, co osiągnęliśmy, z tego, co po ludzku otrzymaliśmy – ale właśnie takiej duchowej radości, która jest niezależna od stanów zewnętrznych, ale pozostaje ukierunkowana na Boga i to w tej relacji jest przeżywana. W dzisiejszej liturgii Słowa spotykamy różnych ludzi – to Żydzi, to mieszkańcy Jerozolimy, to Apostołowie, to dwaj uczniowie uciekający do Emaus. Każdy niesie w sobie coś szczególnego. I do każdej z tych osób, chce przyjść Pan. Zauważmy, że dzisiejsza ewangeliczna perykopa rozpoczęła się opisem smutku i strachu, ale zakończyła się już radością i podekscytowaniem wynikającymi ze spotkania z Panem, z faktu rozpoznania Żyjącego.
Droga chrześcijan, uczniów Jezusa, to droga paschalna. To też w tym okresie jest nam wciąż przypominane i nieustannie wybrzmiewa w różnych odcieniach i kontekstach. Ta paschalność to także przechodzenie od starego do nowego człowieka. W tygodniu poprzedzającym tę niedzielę, wsłuchiwaliśmy się w dialog Jezusa z Nikodemem, gdzie pojawił się – mocno obecny – akcent powtórnych narodzin. Jest to temat, który towarzyszył również św. Pawłowi, gdy pisał o starym i nowym człowieku. Przez chrzest święty – a więc przez Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie Pana – staliśmy się nowym stworzeniem, czyli dziećmi Bożymi zanurzonymi w Chrystusie, w Niego przyobleczonymi. Chrzest święty jako sakrament dokonał się raz, ale jako łaska, do współpracy z którą jesteśmy zobowiązani i zaproszeni zarazem, dokonuje się ciągle. Ilekroć podejmujemy jakieś decyzje, dokonujemy wyboru, i tym podobne, zawsze wówczas dokonuje się albo przejście do nowego człowieka i rozwój tej godności, albo powrót „do Egiptu”, do „niewoli pod władzą faraona”. To przejście do nowości życia rozpoczyna się jednak od uświadomienia sobie grzechu. To bardzo wybrzmiewa w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Św. Piotr wraz z pozostałymi Apostołami, doświadczywszy Zesłania Ducha Świętego, wygłasza pierwszą katechezę Kościoła. I czym ona jest? Uświadomieniem słuchaczom istnienia grzechu i ich w nim udziału. „Przyjmijcie do wiadomości i posłuchajcie…” – jakoś bardzo mnie zatrzymuje to stwierdzenie. Przyjąć do świadomości, że mój grzech, moja słabość, wada, przyczyniły się do „ukrzyżowania” Jezusa. Ale na tym uświadomieniu katecheza się nie kończy, bo dalej następuje wezwanie: posłuchajcie. Posłuchać, usłyszeć Dobrą Nowinę, że Ukrzyżowany Zmartwychwstał. Nie grzech jest końcem, nie do śmierci należy ostatnie słowo (o czym zdaje się, że zapomnieli uczniowie zmierzający do wsi). Uznać grzech i zarazem „wyjść z niego”, tak jak Pan wyszedł z Grobu – to jest to przejście od starego do nowego człowieka. Człowiek zgrzeszył, ale Bóg zechciał kontynuować tę historię, to znaczy wskrzesił Syna, aby w nas wskrzesić przybrane dzieci Boże. Jak mówi św. Piotr – wy Go zabiliście, lecz Bóg Go wskrzesił. Czujemy tę dynamikę, prawda? W Dobrą Nowinę wpisana jest prawda o grzechu, ale ona nie kończy tej katechezy. Przepowiadanie Kościoła to nie tylko przypominanie o istnieniu grzechu i odpowiedzialności za popełnione czyny – co jest niezwykle ważne i oczywiście nie może tego zabraknąć – ale to również nieustanne ukierunkowywanie na Jezusa, który zwyciężył to wszystko i „nabył nas dla siebie” płacąc niepojętą cenę.
O tej zapłacie, przez którą otrzymaliśmy godność dzieci Bożych, słyszymy w drugim czytaniu, w kolejnym fragmencie Pierwszego Listu św. Piotra. Zostaliśmy odkupieni drogocenną Krwią Chrystusa – Baranka niepokalanego i bez zmazy. Jesteśmy więc bezcenni. Nie ma większej godności niż godność dziecka Bożego, godność nowego człowieka przyobleczonego w Chrystusa. Bóg jednak nie ma względu na osoby i to nie ziemskie tytuły wpływają na osąd, ale nasze uczynki – dlatego Apostoł mówi również o bojaźni, jako postawie najwłaściwszej. Nie jest to jednak bojaźń lękowa, ale wypływająca z miłości i właśnie tej świadomości, o której tyle już było w niemniejszym rozważaniu. Sama nawet ta godność dziecka Bożego nie chroni mnie przed konsekwencjami niewłaściwych wyborów. Bo czym jest grzech? Gdyby przetłumaczyć to słowo – jak mówią egzegeci i bibliści – oznaczałoby ono niechybienie w cel, minięcie się z celem, niecelny cios. Grzech sprawia, że schodzimy z właściwej drogi. Grzeszny czyn jest „nietrafiony”, ale zarazem – jakże boleśnie rani Najświętsze Serce.
Zauważmy jeszcze, że o tej naszej „bezcenności”, o tej wielkiej zapłacie pisze Apostoł, który swego czasu pytał Jezusa, w imieniu swoim i pozostałych: opuściliśmy wszystko dla Ciebie, Panie, a co otrzymamy w zamian? Wówczas Chrystus powiedział mu o stokrotnym darze nowej rodziny. Dziś to św. Piotr mówi o tym, że jest taka godność, taka przestrzeń, za którą już nie da się zapłacić „złotem, srebrem”, czyli czymś przemijającym. Można więc zauważyć do dojrzewanie (również jako efekt współpracy z Łaską), jakie dokonało się, dokonywało się, w Apostole. Zmiana myślenia – to jest właśnie „nawrócenie”.
Ewangeliczna perykopa także ukazuje nam „drogę”, czyli pewien proces. Dwaj uczniowie opuszczają Jerozolimę po tym, jak ukrzyżowano ich Pana. Ewangelista wyraźnie pisze, że „byli w drodze”. Mieli jakiś cel – ową wieś. Schodzili z centrum na peryferie. Uciekali od głównego toku wydarzeń gdzieś „w bok”. Trochę o tym rozważaliśmy ubiegłej niedzieli w kontekście św. Tomasza i jego nieobecności. Jednak to, co wydarzyło się w Jerozolimie towarzyszyło im – rozmawiali o tym, dzielili się ze sobą swoimi uczuciami, ale tak naprawdę nie chcieli się z nimi skonfrontować. Uciekali pogrążeni w smutku i pełni rozczarowania. Czy nie jest to doświadczenie znane również nam? Kiedy nie decydujemy się, aby wytrwać, aby poczekać, aby zaufać – ale wybieramy „własną” drogę, kierowani nie tyle zaufaniem i wiarą, ale chęcią zmiany za wszelką cenę. Wychodząc z Jerozolimy stanęli do niej plecami. Ale i tak nie zdołali uciec.
To ciekawe, że tyle czasu uczniowie byli z Jezusem, ale w chwili, gdy staje obok nich, nie umieją Go rozpoznać. I to nie tylko mowa o tych dwóch „uciekinierach”, ale tak samo zareagowała Maria Magdalena, która myślała, że to ogrodnik. Tak bardzo pragniemy Pana, a gdy On przychodzi – nie rozpoznajemy Jego Oblicza. Dlaczego? Może powodem jest to, że szukamy Go, ale według naszego modelu oczekiwań. A Pan przychodzi i objawia się nam tak, jak sam to uzna za stosowne, czyli najlepsze dla naszego zbawienia. Jeśli będę Go szukać „po swojemu” – doświadczę zapewne jedynie frustracji, rozczarowania, poczucia niespełnienia. Jeśli pozwolę, aby On dał się znaleźć i przyjmę, otworzę się na to, jaki On jest „naprawdę” – wtedy w sercu zapanuje radość, pokój, doświadczę autentycznego spotkania, tak mocnego, że aż mającego zdolność przemieniać moje jestestwo.
Dwaj uczniowie rozpoznają Pana, gdy bierze w swoje ręce chleb, łamie go i im podaje. Znamy ten gest ze scen opowiadających o rozmnożeniu chleba, ale jeszcze bardziej z opisu ustanowienia Eucharystii. To opis najbardziej wyjątkowego daru z siebie. Daru, jaki może dać człowiekowi tylko Bóg. Jezus jest z tymi uczniami w prawdziwej wspólnocie – bo daje siebie całego. Cała ta droga była takim wydawaniem siebie, które prowadziło do wydarzeń, gdy dzień już chylił się ku zachodowi. Kiedy chylił się ku zachodowi dzień człowieka po grzechu pierwszych rodziców – Bóg zesłał światu Słońce, które nie zna zachodu, swojego Syna Jedynego, bo „tak umiłował świat”. Jezus jest Słowem Boga, przez którego Bóg (w którym Bóg) wypowiedział już wszystko. Jezus idzie z uczniami, dołącza do nich, choć wie, że ucieczka, jaką podejmują nie jest najwłaściwszą decyzją. Ale spotkania z nimi nie rozpoczyna od nakazów, zakazów, od gróźb i ukarania, ale zarzuca im ociężałość w milczeniu, brak chęci, by uwierzyć (czy te słowa nie kojarzą nam się ze słowami św. Pawła do Galatów, których nazwie „nierozumnymi”, bo chcą od rzeczy duchowych na nowo przejść do cielesnych – może warto rozważyć jeszcze i to skojarzenie). Zamiast ufać Panu, skupili się oni na swoich niespełnionych oczekiwaniach i obecnym stanie emocjonalnym. I mimo tego wszystkiego, Jezus idzie z nimi i głosi im Bożą prawdę. Poznawanie Słowa i pozwalanie, aby ono rozjaśniało ścieżki życia to również jest proces. Uczymy się tego, tak jak stopniowo uczymy się wchodzić w ciszę, aby usłyszeć „naprawdę”, usłyszeć głębiej (zwłaszcza w sytuacjach, gdy spotykamy się ze znanym nam fragmentem, takim „oklepanym” i wydaje nam się – już słysząc pierwsze jego słowo – że wiemy, co tam dalej będzie i mimowolnie wyłączamy się z dalszego „prawdziwego” słuchania). To jest proces, tak jak trwała droga tych uczniów. I u jej niemal już końca jest dar Jezusa z siebie samego. Dar ten jest odpowiedzią na nalegania uczniów – zostań z nami. (Na marginesie – kiedy Piotr jest na Górze Przemienienia, to on chce zostać z Panem – chce rozbić namioty, aby być przy Chrystusie chwalebnym; tutaj to uczniowie proszą Jezusa, aby z nimi został). Uczniowie najpierw słuchali słowa, stopniowo otwierając się na nie, aż zrodziło w ich sercach pragnienie trwania Bożej obecności, pragnienie, aby Jezus nie odchodził. Wówczas to, Pan wziął chleb, wszedł z nimi w szczególny rodzaj komunii – dał siebie. Zakończenie jednak ten sceny może dziwić. Bo Pan zniknął im sprzed oczu. Ale nie zniknęła wiara. Zauważmy, że gdy ukrzyżowano Pana, a potem złożono do Grobu – czyli też w jakimś sensie, zniknął On im sprzed oczu – uczniowie nie wytrwali w wierze, zwątpili i pogrążyli się w smutku. Tu, mimo, że Pan znika, czyli ukrywa swoją fizyczną, człowieczą, obecność uchwytną zmysłem wzroku, oni już wierzą. Czy znika? Raczej ukrywa się w „znaku chleba”. Oni już wiedzą, że spotkali Jezusa Chrystusa. I powracają do wspólnoty w Jerozolimie dzieląc się swoim świadectwem. Ten ich powrót jest odpowiedzią na dar Słowa i Eucharystii. Do takich odpowiedzi jesteśmy wezwani, zaproszeni, ilekroć na koniec Mszy św. słyszymy słowa: Idźcie w pokoju Chrystusa. To moment naszego posłania i przestrzeń dla naszej wolnej, dobrowolnej i bezinteresownej, odpowiedzi.
Jezus znika, bo zostaje w Darze. Znika, bo uczniowie wracają do wspólnoty, w świadectwie której mają Go odnaleźć. Tak jak my odnajdujemy Go w Kościele, w obecności sakramentalnej, ale i w tej „ludzkiej”, w świadectwie braci i sióstr w wierze.
„Czy serca nie pałały, gdy szedł z nami…” – pytają siebie uczniowie. Już słysząc nauczanie Jezusa doznali pierwszego poruszenia, że to może być Ten, o którym kobiety im powiedziały, że zmartwychwstał. Dlaczego już wówczas nie uwierzyli? Bo aby tak uwierzyć trzeba zrobić ten krok „od siebie” ku Panu. To nieraz bardzo trudny krok. Jest on zarazem krokiem oderwania, odejścia od swoich oczekiwań (bardzo dużo o takich postawie mówi nam ta dzisiejsza perykopy, jest ona świetną sposobnością do spotkania się ze swoimi oczekiwaniami, pragnieniami, zweryfikowania swojej postawy wobec nich, reakcji na różne zmiany, które zachodzą i – co najważniejsze – reakcje i otwartość na Boży plan dla mnie), ale jest także krokiem zaufania takim natchnieniom. Uczucia i rozum mogą „przeszkadzać”, „zatrzymywać”, ale mogą także stać się przestrzenią, przez którą Pan będzie chciał nam coś pokazać, czegoś nauczyć, poprowadzić.
„Miałem zawsze Pana przed oczyma” – to wers z Psalmu 16, który cytuje św. Piotr w swojej pierwszej katechezie i którym my modlimy się między czytaniami. I wobec tych słów można by zadać pytanie: tak, może i mam Pana przed oczymy, ale „co z tego” wynika? Czy Go rozpoznaję? A może idę, przeczuwam jakoś Jego obecność, ale czy otwieram się na nią, czy ufam jej, przyjmuje ją? To ważne pytania. Cały ten Psalm jest pięknym wyznaniem i wskazaniem dla nas, zaproszeniem do ufności. Kiedy autentycznie Pan jest z nami, a my z Nim, cieszymy się z tego, co mamy, przyjmując to jako hojność z Jego ręki. „Sznur mierniczy szczodrze mi dział wyznaczył” – bo Pan jest zawsze hojny w swoich darach, najhojniejszy w najważniejszym Darze. Świadomość bliskości Pana sprawia, że Psalmista wyznaje: „dlatego cieszy się moje serce i dusza raduje, a ciało moje będzie spoczywać bezpiecznie”. Św. Piotr wykorzystuje ten Psalm w kontekście wiary w zmartwychwstanie, jako słowa prorockie. Syn Boży nie mógł spoczywać w Grobie, śmierć nie mogła odnieść nad Nim zwycięstwa. Jezus zmartwychwstał, abyśmy i my żyli wiecznie. Ale zauważmy, że Psalmista wymienia: serce, duszę i ciało. Jest to obraz naszego całego człowieczeństwa: uczuć, tego, co duchowe, zmysłowe, ale i cielesne. Tylko gdy to wszystko jest zakorzenione i rozwijane w relacji z Panem, w Panu, staje się harmonijne i może prawidłowo wzrastać ( a wzrost ten zakłada również relację z sobą samym).
Przeżywamy dziś Niedzielę Słowa Bożego. Spotkajmy się ze Słowem, zapytajmy się o naszą z Nim dotychczas relację. Dajmy się poprowadzić. Powróćmy, jak ci dwaj uczniowie, na właściwą drogę – drogę życia, wspólnoty, Bożej obecności, a nie ucieczki i osobistych wyobrażeń. Pozwólmy sobie na radość z godności dziecka Bożego. Ucieszmy się tym. Rozpoznajmy Pana. To nie polecenia, to zachęta, którą kieruję również sama do siebie. Nie ma co się denerwować, że jesteśmy w drodze – Jezus także na niej z nami jest i do niej nas zaprasza.
s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii OCPA
