Święto Ofiarowania Pańskiego – Dzień Życia Konsekrowanego

Przed nami Święto Ofiarowania Pańskiego. Oto Król przybywa do swojej świątyni, pomiędzy lud, który Go wyczekuje. I znów czyni to w tak pokornej, paradoksalnej postaci. Psalm mówi o dostojnym wkroczeniu Króla, przed którym wszelkie bramy mają być uniesione. A oto widzimy Dziecię niesione przez Rodziców, którzy jak tylu innych przybyłych tego dnia do świątyni w Jerozolimie, złożą ofiarę przepisaną Prawem, by wykupić pierworodnego syna. Złożą ofiarę ubogich. Nie są ponad nikim, ale solidarni z tyloma ubogimi. W pierwszym czytaniu pobrzmiewa nawet swoistego rodzaju nuta grozy, lęku – kto się ostoi w dniu przyjścia Pana? Ależ to Dziecię! Znów te Boże paradoksy. A zarazem – jak wielka jest siła i moc w tym, co tak proste i niepozorne po ludzku. Tego dnia, kupcy stali jak zwykle na swoich miejscach sprzedając i wymieniając pieniądze. Kapłani wykonywali swoją posługę, wierni Żydzi wypełniali przepisy Prawa. Dzień jak zawsze. I w to „co zawsze” wkracza Pan, Król królów, Syn Ojca. Jakże ciągle na kartach Ewangelii powraca do nas – niemal jak refren – wezwanie do umiłowania naszego „tu i teraz”, do wierności codziennej, do prostoty przeżywania każdej chwili z Bogiem i dla Niego, w wierności obowiązkom stanu i powołania, do wierności w małych rzeczach. Bóg przechadzający się krużgankami szarego dnia, pośród codziennych zmagań, naszych myśli i planów.  Bóg obecny i zarazem przemieniający tę rzeczywistość.

W postaci Maryi, dla której był to także dzień oczyszczenia, czterdzieści dni po narodzinach Dziecięcia, oraz w postawie św. Józefa zatroskanego o złożenie odpowiedniej ofiary, możemy zobaczyć najpierw ich pokorę. Trzymają w swych rękach Mesjasza, a jednak nie wynoszą się, nie lekceważą przepisów, nie stają się nagle „lepsi od innych”. Są tacy sami. (zauważmy – Maryja była przecież Niepokalana, a jednak przybywa na dzień oczyszczenia). Czy nasza pobożność albo relacja z Panem (o jaką przecież każdy ochrzczony tak powinien zabiegać i ją pielęgnować, rozwijać z pomocą Łaski) albo jakieś powołanie, którym zostaliśmy obdarzeni, nie stają się dla nas powodem pychy? Czy nie czynimy się wówczas sędziami innych, nie pogardzamy „ludem”? A przecież nikt z nas nie ma tego wszystkiego sam z siebie, nawet nie dla własnych zasług – wszystko jest Łaską i w miłości Bożej bierze swój początek, to On pierwszy nas umiłował i to On miłosiernie zapragnął stać się jednym z nas. Człowieczeństwo, chrześcijaństwo czy powołanie jest darem i zadaniem. Jeśli wczytamy się w perykopę św. Łukasza, może nam się nasunąć myśl, że z tekstu nie wynika by ostatecznie Maryja i Józef złożyli ową ofiarę. Mówi się o ich intencjach, zamiarach. Przypomina mi się scena z góry Mori. Abraham i Izaak. Gotowość ojca (w jakimś sensie, pierworodnego syna obietnicy także), posłuszeństwo i radykalne zawierzenie Bogu. I tuż na chwilę przed złożeniem ofiary pojawia się anioł Pański a z zarośli wyłania się baranek. Bóg, który przyjmuje nasze postanowienia, śluby, intencje, ale ostatecznie to On wszystkiego dopełnia sobą. To nie przepisy, litera Prawa, lecz dopiero Syn Boży, Jezus Chrystus jest naszym Zbawicielem i On nas odkupił Krwią swoją, swoją najdoskonalszą Ofiarą. Przy Nim – a nie polegając na sobie – jesteśmy najbezpieczniejsi. A On jest najwierniejszy – nawet jeżeli my wiary nie dochowujemy, On dochowuje wierności, bo nie może się zaprzeć siebie samego, jak uczy św. Paweł – czyli swoich obietnic (ale – powie też św. Paweł – jeżeli my się Go zapieramy, to i On nas się zaprze). I tą wierność Boga możemy zobaczyć także właśnie w Maryi i Józefie, którzy przynoszą Dziecię do świątyni. Bóg nie występuje przeciw swoim słowom i swojemu Prawu – On je wypełnia – nie tylko w sensie wykonania, ale w sensie napełnienia życiem i pełnią mocy, co też potwierdzi  w swoim nauczaniu Chrystus. W tej postawie Rodziny z Nazaretu jest dla nas jeszcze jednak lekcja. Bywają chwile, kiedy ogarnia nas jakieś zwątpienie czy znużenie, może czujemy się niepewni, naszą drogę jakby zasłoniła mgła a w naszym umyśle i sercu mnożą się różne pytania czy nawet wątpliwości. Jak przez to przejść i nie poddać się? Pokochaj prostą wierność codzienności. Przecież dla Maryi i Józefa też cała ta sytuacja była „czymś nowym”, nie rozumieli wszystkiego od razu, wciąż się dziwili, napotykali na swojej drodze różne dziwne wydarzenia, będą musieli uciekać do Egiptu. W ich serach mogła być przecież jakaś niepewność – ale zarazem była tam też ufność w wierność Boga. Dlatego trwają, robią to, co mówi Prawo – ono ich w jakimś sensie prowadzi, wskazuje następny krok.

„…nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie i Anioł Przymierza, którego pragniecie” – czytamy w pierwszym czytaniu z Księgi proroka Malachiasza. W Symeonie i w Annie, którzy rozpoznają Dziecię Boże, spotykamy przykład owego oczekiwania. Te niesamowicie otwarte i czujne oczy serca, tak wrażliwe na Boże natchnienia, na Boży szept – i tak ufne, by przyjąć Boże zamiary (bo pomyślmy, tak po ludzku – jak w Dziecku przyprowadzonym przez prostych i ubogich Rodziców, rozpoznać i uznać Mesjasza, wielkiego Króla? W iluż ludziach musiało być to jakoś nie do przyjęcia). Przyznam się, że osobiście, dla mnie niesamowita jest ta scena spotkania z Symeonem. Tak tajemnicza także. Oto dopełnił się Stary Testament, przyszedł Pan Przymierza Nowego. To uwielbienie Boga, które czyni Symeon, jednocześnie już ogłaszając, że to Przymierze będzie dla wszystkich. Oto przybyło Światło. Może nam się wydawać, że jesteśmy otoczeni „światłem” – różnie i na różnych płaszczyznach rozumianym – a jednak pozostajemy w  ciemnościach. To mrok naszych własnych pragnień, forsowania swojej woli (nieraz grzesznej i zgubnej), nieuporządkowanych uczuć i ambicji albo pychy wiedzy czy literalnej poprawności, to mrok naszego oddalenia do Pana, Źródła życia. Ale oto przychodzi Światło – tak prosto, pokornie, tak blisko nas, nie bojąc się naszych ciemności, wkracza w nie i jeśli tylko Mu pozwolimy, jeżeli przyjmiemy tę Światłość  – Ona rozproszy wszelką noc i mrok. Pięknie wyraża to liturgia eucharystyczna, która na rozpoczęcie Mszy św. przewiduje procesję do świątyni – tę procesję można czyni na rozpoczęcie każdej Eucharystii, lecz jak rzadko spotykamy się z tym uroczystym wejściem (najczęściej podczas wielkich świąt, gdy głównym celebransem jest biskup – owszem, jego obecność jeszcze bardziej wyraża charakter tej liturgicznej czynności, ale ta czynność nie jest zarezerwowana tylko dla jego osoby, obecności). Podczas takiej procesji urzeczywistniają się słowa, śpiewanego dziś, Psalmu – wkracza Pan do swej świątyni, przybywa Światło, Pan jest z nami, Pan jest pośród nas. Są jeszcze dwa inne momenty owego wkroczenia podczas Eucharystii. To proklamacja Słowa Bożego i najważniejsza chwila, centrum – Przeistoczenie – Bóg obecny prawdziwie w swoim Ciele i w swojej Krwi. Ale co jeszcze mówi ów Psalm? Wzywa do otwarcia bram. Czy moje serce jest otwarte? Czy otwieram podwoje mojego życia dla Pana?

W Symeonie spotykającym Dziecię widzimy realizację wierności Boga. Dopełnił swoich obietnic danych Symeonowi, choć był to już starzec. Tyle lat oczekiwania! I tu chciałabym się podzielić myślą, która niedawno do mnie przyszła i gdzieś we mnie ciągle pracuje. W Ewangelii – czy w ogóle w Piśmie Świętym – wielokrotnie jesteśmy wezwani do czuwania (oczekiwania). Gdy ostatnio natrafiłam na takie wezwanie, serce moje napełniła jakaś radość i pokój. Pewnie, każdy z nas jest jakoś niecierpliwy i chcielibyśmy wszystko od razu, a Pan mówiąc: „czuwaj”, jakby trochę nas „stopował”. Ale nie o to chodzi. Przyszło do mnie odkrycie, że w tym wezwaniu, ukryta jest nadzieja. Oczekuję, czuwam, bo mam nadzieję na spełnienie, bo wiem, że Ktoś przybędzie, czekam na Kogoś (na coś). Czuwanie nigdy nie jest, nie może być związane z pustką. Nie wiemy konkretnie kiedy, ani jak – ale czekamy, bo mamy nadzieję. Symeon też nie wiedział, nie znał konkretów, ale ufał Bożej wierności i był otwarty. To czuwanie czyniło go tak wrażliwym. Czuwał i dał się niejako Bogu zaskoczyć – oto Dziecię.

Ale w słowie, który wypowiada Symeon jest też zapowiedź Krzyża i cierpienia. Jakby Boże Słowo chciało nas przez to „sprowadzić na ziemię”. Przyjęcie Światłości, tej Prawdy, wierność wierze – to wszystko będzie nas kosztowało, wymagało od nas konkretnych postaw, decyzji czy nieraz wyrzeczeń, ofiarności. Tak samo droga powołania. Raz Tabor – raz Golgota. Ale zawsze i we wszystkim Pan – niech wszystko będzie przeniknięte Jego Obecnością i wolą, i wtedy możemy czuć się bezpieczni. Czasem nawet liturgia albo codzienna wierność, codzienne obowiązki, czasem te najmniejsze, mogą nas wiele kosztować, być dla nas trudem, a jednak… . Czasem słowa przypomnienia o Krzyżu są także dla naszej pokory właśnie. Ileż razy jesteśmy jak Piotr, który chciałby odciągnąć Mistrza od drogi krzyżowej, chcielibyśmy pójść inną droga, choć deklarowaliśmy wierność i tak wielką gotowość na wszystko? Ale myślę, że w tym proroctwie Symeona jest coś jeszcze. Słowo Boże jest zawsze tak głębokie i nigdy nie przeniknione, wciąż nas zaskakujące. Zwróćmy uwagę, że Symeon wypowiada te słowa do Maryi – miecz boleści przeniknie Jej Serce, ale nie bez celu, lecz po to, by na jaw wyszło zamiary serc wielu, czyli by wielu stanęło wprawdzie o sobie, poznało swe serca. I możemy mieć nadzieję, że to dokona się dla ich nawrócenia. Tak, niektórzy upadną i być może nie podniosą się w swej zatwardziałości i pysze, ale inni może otworzą się ostatecznie na przyjęcie Prawdy. Maryja jest ikoną Kościoła. Będzie Kościół – Ciało Chrystusowe; Kościół – Ten, który niesie Chrystusa, „rodzi” Chrystusa dla wszystkich – cierpiał, lecz będzie to cierpienie zbawienne, owocne w zjednoczeniu z Chrystusowym cierpieniem. Najgorzej kiedy Kościół sam ucieka od Jezusowego Krzyża. Maryja przeżyła to doświadczenie „przebicia mieczem boleści” trwając wiernie na Kalwarii i niejako „zrodziła nowe potomstwo”. (ileż razy pojawia nam się w tym tekście słowo „wierność” – nie znajduję żadnego dobrego synonimu – może to też jakoś obrazuje nam, co jest, co powinno stanowić fundament i o co każdego dnia na nowo powinniśmy zabiegać?)

I już na koniec, nie wypada mi przemilczeć tego, że w to właśnie Święto, Kościół obchodzi Dzień Życia Konsekrowanego. Kiedy zastanawiałam się, co na ten temat napisać, przyszła mi myśl, by podkreślić, że choć rozumiemy, co oznacza termin „życie konsekrowane”, to zarazem musimy mieć żywą świadomość, że każdy z nas na mocy chrztu świętego jest „konsekrowany”. Co to oznacza? Że jest poświęcony Bogu i w swoisty sposób „wyłączony” ze świata, choć pozostaje w świecie (podczas zakonnej profesji, w dniu ślubów wieczystych, to wyłączenie dokonuje się w tak „jaskrawy” sposób – kapłan wyciąga ręce – tu nasuwa mi się skojarzenie z konsekracją eucharystyczną, bo i osoba powołana wezwana jest do tego by mocą Łaski stawać się hostią, łamaną dla braci – i wypowiada słowa niesamowitej modlitwy, w której przywołuje całą historię zbawienia i przymierzy zawieranych z ludem przez Boga; na końcu tej modlitwy wybrzmiewają słowa o szczególnym Bożym zamyśle, w którym On sam powołuje wybranych do jeszcze bliższej z sobą relacji, czyniąc z uczennic oblubienice – w przypadku sióstr zakonnych; a potem przyzywany jest Duch Święty, aby Pan Go posłał, aby wybrana służebnica, to co obiecała, mogła dotrzymać, zachować – już tu podkreślona zostaje kolejny raz prawda, że nic z nas, nasze wytrwanie jest Łaską, na którą my winniśmy się otworzyć i z nią współpracować; na koniec są słowa, by sam Bóg był Obroną i strzegł łaskawie dróg owej profeski. Profesja więc włącza daną osobę w całą historię zbawienia i wybrania – to dopiero tajemnica. Jakże często, my, którzy złożyliśmy śluby zakonne, powinniśmy wracać pamięcią i sercem do tej chwili i nieustannie przemieniać swoją wewnętrzną mentalność, by mieć tę świadomość konsekracji, żyć nią i ją rozwijać, mieć odwagę o sobie tak pomyśleć wraz z przyjęciem wszystkich konsekwencji tego aktu – stawać się ludźmi konsekracji; ale także wracać w duchu dziękczynienia, uwielbienia Bożej dobroci). Ochrzczony pozostaje w świecie po to by nieść Chrystusowe światło, na Niego wskazywać i przemieniać doczesność, by stawała się autentycznie Bożą. Każdy jest świadkiem, jest siewcą Słowa, Bożego miłosierdzia, przebaczenia, Bożej Prawdy. Życie konsekrowane wynika z tajemnicy sakramentu chrztu świętego, jest jego rozwinięciem. Zmieniamy imiona, przywdziewamy habit, wchodzimy do konkretnej wspólnoty, realizujemy jej duchowość i charyzmat, pełnimy rozmaite posługi z tym związane – łączy nas umiłowanie (pragnienie) Boga. Tego dnia przyjmujemy życzenia, słuchamy wielu miłych słów – co powinno nas zawstydzać. Ale naprawdę – nic z nas. Habit nie sprawia, że nie przestajemy być grzesznikami (przychodzi takie skojarzenie – Bóg wybrał zwykłego cieślę i dziewczynę z Nazaretu – oni, mimo świadomości, poczucia tego, jak bardzo Bóg ich obdarował, pozostają sobą, w prawdzie o ludzkiej kondycji – stąd Pan dopuszcza, by złożyli jedynie ofiarę ubogich). Powołanie to wybranie przez Boga – po ludzku przecież przez nas niezasłużone – to tajemnica, która powinna „rzucić nas kolana”, gdy pomyślimy o zaufaniu jakim Bóg nas obdarzył, jak wiele nam podarował. Ale to też zadanie, zobowiązanie, odpowiedzialność. Słusznie wymaga się i oczekuje od nas „więcej”. Ten dzień powinien być szczególnym dniem uwielbieniem Pana (ucieszmy się tym Bożym wybraniem, łaską konsekracji), że w swoich niepojętych planach, wybiera nas i woła w tak wyjątkowy sposób na swoją drogę. Ileż potrzeba wobec tej tajemnicy Miłości pokory z naszej strony. Ale także nieustannego zasłuchania, czujności, otwartości – by wciąż na nowo odkrywać i być gotowym realizować Jego wolę – tak byśmy z czasem „nie zasiedzieli się”, nie przyzwyczaili się i nie skostnieli, lecz wciąż byli „ żywymi świadkami” zdolnymi rozsiewać miłość, nadzieję, wiarę – tak by to, cały czas, było Jego „powołanie” a nie nasze podwórko. Jakże bardzo potrzebujemy daru życzliwej modlitwy innych, by nie ustać w tej pielgrzymce. I jakże bardzo za ten dar – już tak osobiście zakończę – jestem wszystkim wdzięczna i zapewniam o wzajemnej pamięci w modlitwie.

Pięknego Święta Ofiarowania Pańskiego. Przyjmijmy przychodzącego Pana, przychodzącą Światłość (to święto to jak zapowiedź ofiarowania w Wieczerniku i na Golgocie, to jak zapowiedź Światłości, która rozbłyśnie w Wielką Noc Paschalną). Ucieszmy się Jego Obecnością i nieustannie ją odkrywajmy. Bądźmy wierni – prośmy o łaskę wierności i wytrwałego oczekiwania pełnego nadziei i otwartości, by naprawdę oczekiwać Pana, a nie naszego „wyobrażenia”, Jego – a nie naszej – woli.

s.M.Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii